Archive for July, 2000

Wakacje w Bytomiu!

Friday, July 28th, 2000

Najlepsza polska tenisistka, Magdalena Grzybowska przyjechała do Bytomia, aby zagrać w finale rozgrywek ligowych w barwach SKT Sopot. "Grzybcia" już w pierwszym meczu nabawiła się kontuzji barku i potraktowała pobyt na Śląsku jako… krótkie wakacje!
- Ogląda pani mecze, gra w karty. Pełny luz…
- Bo to są moje wakacje! Mogę spokojnie popatrzeć z boku na tenis i troszeczkę odpocząć. Po powrocie do domu szykuje mi się tydzień luzu. Będę leczyć kontuzję i powoli wracać do treningów. Mam nadzieję, że to nie jedyny czas odpoczynku w tym roku. Gdybym pojechała na olimpiadę, to później chętnie przystopuję i gdzieś odpocznę.
- A pojedzie pani do Sydney?
- Według kryteriów ustalonych przez Międzynarodową Federację Tenisa mam 90 procent szans, aby zakwalifikować się do igrzysk. Brakuje mi tylko trzech pozycji do miejsca granicznego olimpijskiego rankingu. Nie sądze, aby wszystkie zawodniczki z tej listy chciały pojechać do Sydney. Również nie wiadomo, czy federacje poszczególnych państw wykorzystają limit przyznanych miejsc. Bardzo chcę wystąpić w Sydney, ale z tego co wiem, to PKOL. wymyślił swoje kryteria, których nie spełniam. Mam jednak nadzieję, że uda mi się przekonać kogo trzeba.
- Kibice martwią się pani kontuzją.
- To nawrót kontuzji z kwietnia, wynikającej z przemęczenia. Ostatnio miałam dużo występów i przez kilka tygodni ból barku mi dokuczał. W Bytomiu było już chyba tego za wiele. Do tego doszły ciężkie i mokre piłki w czasie gry w deszczu.
- Jak się czuje zawodniczka, na ramionach której jest ostatnio polski tenis?
- (ciężkie westchnienie) Jestem jedyną Polką w setce WTA i gdy startuję w turniejach ciągle się o mnie mówi. Przyznam, że odczuwam presję odpowiedzialności. Wiem, że kibice na mnie liczą. Z drugiej strony na każdym kroku spotykam się z wielką sympatią. Na przykład w Sopocie rozdawałam mnóstwo autografów. Czasami bałam się pokazać na kortach, bo dzieciaki uganiały się za mną, by dostać autograf. To jednak miłe…
- Plotki mówią, że zostanie pani modelką.
- Nie zabiegam o kontakty z ludźmi związanymi z modą. Owszem, byłam na kilku zdjęciach w gazetach nie tylko sportowych. Jednak sport nie pozwala mi na inne zajęcia. Często brakuje mi czasu dla siebie…
- Kim ten tajemniczy pan, z którym spędza pani "wakacje w Bytomiu"?
- To jest ktoś z Francji z kim się spotykam.
Rozmawiał: TOMASZ KUCZYŃSKI

Autor artykułu: TOMASZ KUCZYŃSKI

Gnijące miliony

Friday, July 28th, 2000

W pogoni za cytrusami nie zauważamy rodzimych owoców.
Polska ze względu na warunki naturalne mogłaby być potentatem w produkcji runa leśnego. Niestety, z niewyjaśnionych do końca przyczyn nie jest, i na razie nic nie zapowiada, żeby owoce lasów i łąk mogły wyciągnąć polską wieś z zapaści ekonomicznej. Lepiej jest z ziołami – w tej branży nawiązujemy kontakt z europejską czołówką.
KATOWICE, KRAKÓW, WARSZAWA. W niektórych rejonach kraju ziemia leży ugorem, bezrobocie sięga 50 procent, ale nikt nie chce się podjąć organizacji produkcji i skupu runa leśnego.
- Jerzyny, jagody i borówki spadają z krzaków i gniją, ale nikt na dużą skalę ich nie zbiera – twierdzą w Nadleśnictwie Herby.
W Przedsiębiorstwie Produkcji Leśnej "Las" w Herbach mieściła się w minionych dekadach jedna z największych w regionie przetwórni runa leśnego. Dziś sprzedaje się tutaj ogórki pod innym szyldem, bo zbiór runa się nie opłaca.
- Rozkwit produkcji runa leśnego przeżywaliśmy w latach 60. – mówi dr hab. Stanisław Głowacki z Katedry Użytkowania Lasu Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie. – Byliśmy w czołówce eksporterów. Czarne jagody szły głównie do Niemiec, USA, Anglii i Szwajcarii.
Obecne 5 tys. ton zebranego runa, w porównaniu z 26 tys. ton w latach 60., to kropla w morzu. Dawny monopolista "Las" padł, ale w jego miejsce nie pojawiły się duże, prywatne firmy, które przejęłyby intratny rynek szacowany na 50-60 mln zł rocznie! Czy to oznacza, że nikt w Polsce nie zbiera na skalę przemysłową czarnych jagód, borówek i grzybów?
- Istnieje "partyzantka", która przynosi więcej szkody niż pożytku ? mówi Edward Grzebinoga, naczelnik Wydziału Zagospodarowania Lasu w Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Katowicach. – W pogoni za doraźnym zyskiem, np. na Pomorzu, zbieracze kurek niszczą wszystko na swojej drodze.
Nasz region obfituje w runo leśne. W Beskidach jeszcze trwa zbiór czarnych jagód, a na nizinach borówki czerwonej. Jesienią na terenach bagiennych pojawią się żurawiny. Ziół, na masową skalę, nie zbiera się u nas ze względu na zanieczyszczenie środowiska. Są jednak oazy dziurawców, lip i malin, o których wiedzą tylko wtajemniczeni. Nikt nie jest w stanie wytłumaczyć dlaczego, mimo prawie 2 milionowego bezrobocia na polskiej wsi, zbiór tego, co daje natura jest taki niemrawy. Zbieracze twierdzą, że ceny w skupach są zbyt niskie. Trzeba się nachodzić, by dostać kilkadziesiąt groszy za kilogram jagód czy malin.
Hurtownicy narzekają, że popyt na runo jest niewielki. Zdaniem konsumentów natomiast owoce lasu są zbyt drogie. Koło się zamyka, gdyż producenci tłumaczą, że na cenę wpływa mniejsza, niż dawniej, hojność natury – po prostu runa w lesie jest mniej. Dodatkowo zmienia się model żywienia w Polsce. Na polskich stołach częściej można spotkać banany i pomarańcze niż tradycyjne maliny czy jagody, które uchodzą za towar "gorszego sortu".
W lepszej kondycji jest przemysł zielarski, który utrzymał w Europie drugą pozycję po Niemcach. Co roku w kraju wytwarza się 26 tys. ton ziół, z tego 4 tys. ton przeznacza się na eksport. Nie są to szokujące liczby, ale pozwalają na razie obronić się polskim zielarzom przed napływem ziół z Chin i Rosji.
- Obecnie rynek ziół się równoważy – mówi inż. Zbigniew Nawrocki, kierownik działu zaopatrzenia Krakowskich Zakładów Zielarskich. – Można by rozszerzać produkcję, ale nie byłoby na nią popytu.
Ani susza, ani deszczowy lipiec nie wpłynęły w tym roku na poziom produkcji ziół, które uprawia się w całej Polsce, z wyjątkiem Górnego Śląska. Najbardziej ekologiczne tereny to m.in. Góry Świętokrzyskie, Podhale, Pomorze i wschodnia część kraju. Tam zioła zbierane są w postaci naturalnej, ale głównie zakłada się uprawy. Sezon trwa od wiosny do jesieni. Wczesną wiosną zbiera się m.in. kruszynę, w maju pokrzywę, w czerwcu rumianek i nagietek, a w lipcu lipę. Wkrótce rozpocznie się zbiór owoców: jarzębiny, dzikiej róży, głogu i bzu czarnego. Spodziewany jest drugi pokos mięty i melisy. W październiku i listopadzie zbierane będą zioła korzenne: m.in. arcydzięgiel, prawoślaz, kozłek lekarski, mniszek. Cena dobrej jakości lawendy w skupie kosztuje około 18 złotych za kilogram suchego surowca. Klienci narzekają na ceny ziół w sklepach.
- Przygotowanie zioła do spożycia wymaga szczególnej staranności – tłumaczy inż. Nawrocki. – Sortowanie i kontrole w laboratoriach wymagają sprzętu i czasu, za które trzeba zapłacić. Na Zachodzie zioła są o wiele droższe niż w kraju. W Polsce zioła kupują z reguły osoby starsze, które nie są zasobne.

Z raportu opracowanego przez ekspertów 9 państw Unii Europejskiej wynika, że w ciągu 10 najbliższych lat obrót ziołami zwiększy się dwukrotnie, natomiast w USA trzykrotnie. W Polsce można uprawiać około 40 gatunków roślin, które mogą być stosowane jako przyprawy w gospodarstwach domowych, przy konserwowaniu mięs i jego przetworów, a także w przemyśle farmaceutycznym, cukierniczym i perfumeryjnym.
JACEK DEREK
Ceny ziół w skupie:
lipa – 12 zł za kg
jarzębina – 3 zł za kg
głóg – 4 zł za kg
arcydzięgiel – 5 zł za kg
prawoślaz – 6 zł za kg

Ceny runa leśnego w skupie:
jagoda czarna – 4-8 zł za kg
borówki – 3-6 zł za kg
borowik – 3-30 zł w zależności od klasy
kurka – 10-30 zł w zależności od klasy

Autor artykułu: JACEK DEREK

Pogrzebu nie będzie

Thursday, July 27th, 2000

Raków Częstochowa po nowemu
W ubiegłym tygodniu w RKS Raków Częstochowa odbyło się zebranie sprawozdawczo-wyborcze. Wybrano pięcioosobowy zarząd klubu. Funkcję prezesa powierzono, zgodnie z przypuszczeniami, Zbigniewowi Pawlakowi. Nowym trenerem został Adam Zalewski. Nie sprawdzi się czarny scenariusz zakładający, że klub nie przystąpi do trzecioligowych rozgrywek.
W głosowaniu dotyczącym udzielenia absolutorium dla zarządu wzięło udział 40 osób, w sumie wszystkich obecnych było 60, a powinno około 200. – Nieobecność wielu członków byłego zarządu o czymś świadczy – komentuje sytuację prezes Pawlak. Ostatecznie ustępujący zarząd uzyskał "rozgrzeszenie", choć aż 14 osób głosowało przeciw (przy 21 głosach za i kilku wstrzymujących się).
Do nowego zarządu wszedł m.in. były trener pierwszej drużyny Mirosław Sieja. Pięć miejsc pozostało na razie nie obsadzonych. Prezes Pawlak ma nadzieję, że uda się mu pozyskać do zarządu ludzi związanych z biznesem. Wiceprezesem ds. sportowo-organizacyjnych został radny Wojciech Nabiałek, co ma zapewnić lepszy kontakt z władzami miasta i doprowadzić do przejęcia przez miasto obiektów sportowych należących obecnie do Huty Częstochowa. Ta miałaby je przekazać w zamian za część należności z tytułu nie zapłaconego przez Hutę podatku od nieruchomości.
Mimo że rozmowy Huty z częstochowskim magistratem trwają od kilku miesięcy, nie widać żadnych konkretnych efektów. Na drodze do porozumienia stoją, zdaniem miasta, przeszkody formalno – prawne, czyli nie uregulowany stan własności części gruntów. Terenami zainteresowana była zagraniczna firma. W związku z prowadzonymi z nią rozmowami miał się nawet odbyć przetarg. Zakończyły się one jednak fiaskiem i przetarg został wstrzymany. Huta zagwarantowała, że do czasu rozwiązania problemu nieruchomości, obiektów nie zamknie.
Nowego szefa zarządu zapytaliśmy m.in. czy podczas zebrania sprawozdawczo-wyborczego nie szukano winnych za obecną sytuację klubu i nie próbowano ich rozliczyć? – Były osoby, które krytycznie wypowiadały się na temat działalności zarządu i sprawy kart zawodników pana Marka Dewódzkiego (sponsora – przyp. red.). Wielu wytykało natomiast piłkarzom ich postawę w rundzie wiosennej. W innych klubach, gdzie sytuacja była jeszcze gorsza piłkarze starali się udowodnić na boisku, że są coś warci – stwierdził Zbigniew Pawlak. – Było to żałosne spotkanie. Na dwóch poprzednich sala pękała w szwach, toczyła się dyskusja, wszyscy tym żyli. Teraz panowała cisza, głowy pospuszczane, tylko zagrać hymn żałobny i wyprowadzić sztandar.
Jednak – jak zapewnia prezes Pawlak – zespół wystartuje w rozgrywkach III ligi. Zlikwidowane zostaną natomiast rezerwy Rakowa. – Poszedłem vabank. Pieniądze, które mam obiecane zagwarantują przystąpienie do rozgrywek i skromne utrzymanie drużyny. Przedstawiłem zawodnikom sytuację. Wszyscy poza Synoradzkim i Bańskim, zadeklarowali, że zostają. Zawodnicy którzy nie zmieszczą się w zespole juniorów przekazani zostaną na rok jednemu z klubów ligi okręgowej – twierdzi prezes. Bańskim i Synoradzkim zainteresowany był KS Myszków. Kluby nie doszły jednak do wczoraj do porozumienia w kwestii finansowej.
Na jesienną rundę rozgrywek trzeba dysponować kwotą 700 tys. złotych. To wymaga oszczędności: część zawodników otrzymywać będzie pensje oraz premie meczowe, część stypendia i premie. Raków zalega zawodnikom i trenerom z wypłatą 250 tys. złotych. Połowę należności prezes Pawlak ma nadzieję uregulować do końca lipca.
- Chciałbym, żeby przyszłoroczna, 80. rocznica istnienia klubu była wesoła. Jestem skłonny rozmawiać z każdym na temat pomocy dla klubu – zapowiada prezes Pawlak.
Wygląda na to, że w Rakowie, któremu groził nawet rozpad najgorsze już minęło. Drużyna wystartuje w rozgrywkach III ligi, ale na powrót do II ligi trzeba będzie w jeszcze poczekać.
KRZYSZTOF SULIGA

Autor artykułu: KRZYSZTOF SULIGA

Rumuni w “Ruchu”

Friday, July 7th, 2000

Sparingi I-ligowców
Rumuni w Ruchu
Na boisku Kuźni Ustroń doszło do sparingowego meczu piłkarzy Ruchu Chorzów i Odry Wodzisław. Lepsi okazali się ,niebiescy” wygrywając 2:0 (1:0) po golach zdobytych przez Bizackiego (22) i Stanleya (50).
- W meczu z Odrą testowałem dwóch rumuńskich pomocników z Timiszoary – Marcela Babana i Germana Doru. Obaj byli trochę zmęczeni całonocną podróżą, ale gra występującego w środku pola doświadczonego Babana mogła się podobać. Z dobrej strony pokazał się także 19-letni Nigeryjczyk Stanley. Nie dość, że strzelił gola, to jeszcze wypracował dogodną sytuację Śrutwie, który jednak fatalnie przestrzelił. Cała trójka obcokrajowców pozostanie z nami w Ustroniu do końca obozu i wystąpi w piątkowym sparingu z Hetmanem Zamość. Do rozpoczęcia rozgrywek ekstraklasy pozostało zaledwie kilkanaście dni i najwyższa pora, aby wykrystalizował się skład drużyny na nowy sezon – powiedział trener chorzowian Jan Żurek.
Nieco mniej zadowolony był po tym meczu szkoleniowiec Odry Marek Bęben: – W I połowie mieliśmy optyczną przewagę, ale dogodnych sytuacji do zdobycia gola nie wykorzystali Chałbiński i Kuś. Wystarczył jednak jeden błąd Sowisza i Kłody, aby Bizacki po sprytnym lobie wpisał się na listę strzelców. Po przerwie daliśmy szansę gry młodym zawodnikom – nie wyszła im jedna z pułapek ofsajdowych i Stanley ustalił wynik tego meczu. Z trzech testowanych przez nas piłkarzy najkorzystaniej po raz kolejny zaprezentował się Ruta. U Gadomskiego i Augustyniaka z KP Konin widać było natomiast wyraźnie zmęczenie długim drugoligowym sezonem.
Drugi mecz kontrolny z udziałem śląskiego pierwszoligowca rozegrano w Sosnowcu, gdzie miejscowe Zagłębie zremisowało z Ruchem Radzionków 2:2 (0:0). Gole dla sosnowiczan zdobyli Karol Stawecki (58) i Łukasz Antczak (65); a po stronie ,Cidrów” na listę strzelców wpisali się Marian Janoszka (53 głową) i Ireneusz Waluś (63).
W I połowie przeważał Ruch, ale nie potrafił udokumentować swej przewagi bramką. Dopiero po przerwie wprowadzony na boisko w 46 min. Janoszka po centrze Jaromina w swoim stylu zdobył gola głową. Odpowiedź gospodarzy była jednak natychmiastowa – do remisu doprowadził Stawecki. Chwilę później po błędzie sosnowieckich defensorów Waluś ładnym strzałem z 16 m znów wyprowadził radzionkowian na prowadzenie. Beniaminek II ligi nie dawał jednak za wygraną i sto sekund później Antczak ustalił rezultat na 2:2.
- Nie jestem do końca zadowolony z gry moich podopiecznych. Przeważaliśmy w polu, ale znów zabrakło nam skuteczności. Cała czwórka testowanych przez nas graczy – Żaba, Kosmel, Stefanowski i Madej pokazała się z dobrej strony i widziałbym dla nich miejsce w kadrze Ruchu. Cieszę się, że do pełni sił doszedł już Janoszka, udokumentowując swą coraz lepszą dyspozycję zdobyciem gola – stwierdził opiekun Ruchu Piotr Piekarczyk.
(jac)

Autor artykułu: jac

Pozostało dożywocie

Friday, July 7th, 2000

Odwołanie nie pomogło satanistom
Pozostało dożywocie
KATOWICE. Przed katowickim Sądem Apelacyjnym odbyła się wczoraj rozprawa, podczas której rozpatrzono odwołanie od wyroku na dwóch rudzkich satanistów skazanych za podwójne zabójstwo. Sędziowie katowickiego Sądu Okręgowego wymierzyli Tomaszowi S. dożywocie, a Roberta K. skazali na 25 lat więzienia. Obrońca oskarżonych złożył apelację prosząc o obniżenie kar.
- Wyrok Sądu Okręgowego został utrzymany w mocy. Zmieniono tylko podstawę prawną wymierzenia kary traktując dwa czyny dokonane przez sprawców jako jedno przestępstwo, a nie dwa oddzielne. Nie wpłynęło to jednak na wysokość kar pozbawienia wolności – powiedziała nam wczoraj sędzia Barbara Kurzeja z Sądu Apelacyjnego w Katowicach.
Przypomnijmy, że 2 marca ubiegłego roku w opuszczonym rudzkim bunkrze przy ulicy Skośnej doszło do rytualnego morderstwa. Dwaj sataniści zaprosili 19-letnią Karinę oraz rok młodszego Kamila do udziału w tzw. czarnej mszy. Obrzęd miał krwawy finał. Po namalowaniu pentagramu, ustawieniu czarnych świec oraz odczytaniu tekstów oddających cześć szatanowi mężczyźni zadali dziewczynie i chłopcu kilkadziesiąt ciosów sztyletami. Potem sami chcieli popełnić samobójstwo, lecz zabrakło im odwagi. W trakcie procesu Robert K. przyznał się do winy i wyraził skruchę. Natomiast Tomasz S. odmówił składania wyjaśnień. Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że w tych dniach Tomasz S. podjął nieudaną próbę ucieczki z konwoju.
(kra)

Autor artykułu: kra

Porwali i podpalili

Friday, July 7th, 2000

Porwali i podpalili
GLIWICE. W siemianowickiej ,oparzeniówce” przebywa 41-letni gliwiczanin, który idąc śródmiejską ulicą został zaczepiony i siłą wciągnięty do samochodu. Porywacze wywieźli mężczyznę do lasu. Tam oblali benzyną i podpalili.
Po chwili ugasili płomienie. Ponownie wsadzili niszczęśnika do auta. Przywieźli na przedmieścia Gliwic. Tam wypchnęli z wozu. Uprowadzony ma rozległe oparzenia drugiego stopnia. Lekarze zapewniają, że życiu pacjenta nie zagraża niebezpieczeństwo. Prawodpodobnie powodem ataku była zemsta lub porachunki. Gliwicka policja wyjaśnia okoliczności tajemniczego porwania.
(kra)

Autor artykułu: kra