7-letnie dziecko w tygodniowym planie szkolnym ma 22-24 lekcje, a 10 kolejnych zabiera mu odrabianie zadań domowych. Teczka gimnazjalisty waży 10 kg, a żołnierz bez wysiłku może chodzić tylko z kilogramowym obciążeniem.
- Dwa razy w tygodniu mam 8 lekcji, raz 10, raz 5 i raz 6 – wylicza Michał K., uczeń II klasy LO w Sosnowcu. – Uczę się krótko, bo się szybko męczę. Na odrabianie lekcji poświęcam do dwóch godzin dziennie. Raz w tygodniu chodzę na dwie prywatne lekcje języka rosyjskiego, bo w szkole mam tylko angielski i niemiecki. Dwie godziny spędzam na gimnastyce korekcyjnej i basenie, mam krzywy kręgosłup.
We wtorki i soboty Michał K. chodzi do Śląskiego Klubu Fantastyki. Na hobby ma tylko 4-6 godzin w tygodniu. Chciałby się nauczyć grać na gitarze, ale wolny czas ma jeszcze tylko w niedziele, a wtedy instruktorzy nie prowadzą zajęć.
- Nasza czteroosobowa rodzina spotyka się tylko w porze obiadokolacji – mówi Michał K. – Wstaję o 6.20, wracam przeważnie po 15. Gdy mam 10 lekcji, to zajęcia rozpoczynam ,zerówką”, o 7.10 i kończę o 16. Do liceum chodzę na piechotę. Koledzy na dojazdy tracą po 2 godziny. Kujony 4-5 godzin dziennie uczą się w domu. A ja połowę prac domowych ściągam od prymusów. Mnie wystarczą czwórki.
Rodzice lubią porównywać, ile obowiązkowych lekcji jest w szkołach. Im więcej, tym lepiej. Nagminnie posyłają dzieci na korepetycje i kursy językowe, bo inaczej syn czy córka nie dostaną się do dobrego liceum lub na studia. W Katowicach jest szkoła, w której 7-latki, niczym studenci na uniwersytecie, mają “okienka”. Przesiadują godzinę w świetlicy, czekając na następne zajęcia.
Pokaż mi swój rozkład zajęć i plecak – poprosiliśmy dzieci z różnych miast. Nie podajemy nazwisk i szkół, bo nie chcemy by były napiętnowane. Ponadto są typowymi reprezentantami pokolenia. Harują wszyscy ich rówieśnicy, chyba że nie wytrzymali “wyścigu szczurów” i wypadli z rywalizacji o stopnie, pochwały itd.
- W poniedziałek, wtorek i piątek mam 5 lekcji, w środę sześć, w czwartek 3 – pokazuje dzienniczek 7-letnia Agnieszka L. z Katowic. – W domu uczę się godzinę. W soboty dłużej, bo rodzice mają więcej czasu i wtedy uczę się z nimi dwie godziny. Raz w tygodniu chodzę na rytmikę i na fortepian.
Tornister Agnieszki waży cztery kg. Starszy od niej o rok Rafał I. z Bielska-Białej dźwiga pięciokilogramowy tornister. W jego szkole nie ma zamykanej szatni i szafek. Dlatego do plecaka zabiera tenisówki, farby, bloki, strój gimnastyczny. Lekcji w tygodniu ma 22 i co najmniej 10 godzin odrabia “prace domowe”.
Leszek B. chodzi do II klasy prywatnego gimnazjum. Jego plecak waży rekordowo – 9 kg. W “najcięższy” dzień nosi do szkoły 18 książek i zeszytów, strój na basen i suszarkę. Chłopiec waży 50 kg i jest jednym z 50 proc. polskich uczniów, którzy mają boczne skrzywienie kręgosłupa. Wydawcy produkują tony podręczników i “ćwiczeń”, grubych jak książki telefoniczne. Nauczyciele “chłoną” ofertę rynkową.
- Na geografię: atlas, podręcznik, ćwiczeniówka i zeszyt, identycznie na historię, na angielski 2 książki formatu A-4 i zeszyt, na niemiecki podręcznik i zeszyt, na matematykę 2 książki i zeszyt, na j. polski podręcznik i zeszyt, piórnik, śniadaniówka, strój na basen – pokazuje Leszek B. swój plecak.
Leszek ma 32 lekcje w tygodniu. W domu uczy się 12 godzin. Rodzice mówią, że jest leniwy, bo jego koledzy więcej siedzą przy książkach.
Jakie może być obciążenie psychofizyczne dzieci w różnym wieku? Górnej normy nie ma.
- Dyrektorzy szkół kierują się ramowymi programami nauczania, ustalanymi przez MEN – wyjaśnia Barbara Wikarek, wizytator Śląskiego Kuratorium Oświaty. – Każdy dyrektor może do tych “minimów” dodać lekcje, zależnie od posiadanych funduszy, w porozumieniu z organem prowadzącym, czyli gminą lub powiatem. Plany lekcji nawet w sąsiednich szkołach są różne.
Nauczyciele znają zasady racjonalnej pracy z uczniem. Na studiach uczą się o optymalnym, dobowym rozkładzie zajęć.
- Dzieci w pierwszych klasach nie powinny mieć więcej niż 3 lekcje dziennie, a starsze 6 – informuje dr Barbara Ignar-Golinowska z Państwowego Zakładu Higieny w Warszawie. – Plan z 8 lub 10 lekcjami jest wadliwy, ale nie ma chyba takiej szkoły, która stosowałaby się do naszych zaleceń. A norm ani kar nie ma. Uczniowie zbyt długo siedzą nad książkami i noszą za ciężkie dla nich tornistry i plecaki. Szkoły nie zapewniają im odpowiednich stanowisk pracy.
Dyrektorzy od 3 lat mają MEN-owskie broszury o zalecanym wyposażeniu klas. Ławki produkowane są w sześciu rozmiarach, by można je było dobierać do wzrostu uczniów, ale w szkołach często są jednakowe, ponieważ podobno ładniej wyglądają. A że szkodzą kręgosłupom, to już inna sprawa.
PZH bezskutecznie walczy z modą klasopracowni (za wyjątkiem tych niezbędnych np: chemicznej, fizycznej, biologicznej, informatycznej). Wędrówki z sali do sali zabierają dzieciom przerwy między lekcjami. Nikt nie udowodnił, że w sali geograficznej, matematycznej, polonistycznej czy historycznej jest większa efektywność nauczania, niż w zwykłej. Specjaliści z PZH twierdzą, że to nie nauczyciel, lecz każda klasa powinna mieć “własną” salę i wspólnie siadać do drugiego śniadania, by wychowawca widział, które dzieci są głodne i potrzebują pomocy.
* * *
Niestety, polskie szkoły przemieniają się w bezduszne kombinaty, strzeżone przez ochroniarzy, w których uczeń jest tylko numerem w dzienniku. Plany lekcji mówią, dlaczego młodzież szkoły nie lubi i zapada na fobie, nerwice, depresje. Reforma oświaty uwalnia nauczycieli od rygoru przerabiania tematów. Za 2 lata powszechne będą sprawdziany umiejętności wynoszonych z kolejnych etapów edukacji, a nie skolekcjonowanych, encyklopedycznych informacji. Co z tego wyniknie, zobaczymy.
Autor artykułu: JOLANTA TALARCZYK