Archive for March, 2001

W kredytowym kręgu

Monday, March 19th, 2001

Wszechobecne reklamy obiecują pieniądze, samochody, mieszkania i ogólny dostatek niemal za darmo. Wystarczy tylko zaciągnąć kredyt. W bajki o symbolicznych wręcz ratach wciąż jeszcze wierzy spora grupa ludzi. Czar pryska, gdy trzeba regulować kolejne należności, a przed drzwiami naszego mieszkania ustawia się kolejka wierzycieli z komornikiem na czele…

Przestrogą i znakiem naszych czasów jest historia, z którą zwróciła się do naszej redakcji zrozpaczona rodzina państwa C. Potrzebowała pieniędzy na ratowanie zdrowia córki. W VIII klasie podczas lekcji dziewczynka została uderzona książką w prawe oko. Od tego czasu ma uszkodzoną siatkówkę i w oku tym straciła wzrok. Rodzice niefortunnie zbyt późno założyli sprawę w sądzie i w efekcie stracili szansę na jakiekolwiek odszkodowanie.

- Adwokat od razu powiedział nam, że nie ma szans na wywalczenie odszkodowania od szkoły. Dopiero później okazało się, że szanse były spore. Było już jednak za późno. Leczyliśmy więc dziecko za własne pieniądze. Dopóki pracował mąż nie było z tym większych problemów. Konto jednak topniało, a my akurat szukaliśmy pomocy u specjalistów w Niemczech. Zdecydowaliśmy się więc zaciągnąć kredyt. Mąż po dwudziestu czterech latach pracy na kopalni musiał skorzystać z urlopu górniczego, a trzeba było spłacać pożyczkę. By spłacić jedną, musieliśmy zaciągnąć kolejną. W ten sposób wpadliśmy w błędne koło, z którego nie ma wyjścia – tłumaczy Gabriela C.

Obecnie rodzina jest zadłużona na sumę ok. 100 tys. zł! Ich mieszkanie regularnie odwiedza komornik, uzasadnione pretensje mają również żyranci, którzy teraz muszą spłacać cudze zobowiązania, a wcale nie należą do grona ludzi zamożnych. Państwo C. mają troje dzieci. U Alicji i Marka (chorego na epilepsję) orzeczono czasowy stopień niepełnosprawności. Dwudziestoletnia dziś dziewczyna i jej brat pracują w zakładzie pracy chronionej, ale już w tej chwili wiadomo, że nazwisko Ali znalazło się na liście osób do zwolnienia. Najstarszy syn po odbyciu służby wojskowej założył rodzinę i… spłaca zaciągnięty na własne nazwisko kredyt. Pan Jan chciałby podjąć pracę, ale musi zaczekać do sierpnia, kiedy to będzie mógł przejść na emeryturę.

Obecnie nawet umowa-zlecenie odebrałaby mu prawo do urlopu górniczego. Pani Gabriela również nie możne znaleźć pracy.

- Najgorsze w tym wszystkim jest to, że kosztowne leczenie córki nie przyniosło rezultatów! Ala nie będzie widzieć na jedno oko, a drugie jest coraz słabsze – płacze pani Gabriela.

Małżonkowie są zdesperowani. Dorobek życia topnieje w oczach, za drzwiami lombardu znikają kolejne domowe sprzęty, a oni muszą pożyczać pieniądze na chleb. Od stycznia przestali spłacać jakiekolwiek raty. Ostatnio głowa rodziny na “pasku” przyniosła do domu… 4 zł wypłaty. Małżonkowie obliczyli, że na spłatę wszystkich rat miesięcznie potrzebowaliby 10 tys. złotych…

Autor artykułu: KATARZYNA PALICZKA

Prywatyzacja taksówek

Friday, March 16th, 2001

W ciągu najbliższych tygodni Śląski Urząd Wojewódzki zamierza wystosować zaproszenie do składania ofert inwestorów, zainteresowanych prywatyzacją Miejskiego Przedsiębiorstwa Taksówkowego w Katowicach. MPT to obecnie jedna z najdynamiczniej rozwijających się firm taksówkowych w województwie śląskim. Oprócz Katowic obsługuje dziesięć innych miast województwa.

- Od 1997 roku liczba zleceń dla naszych taksówek wzrosła o prawie 238 procent – mówi Marian Matuga, zarządca komisaryczny MPT. – Aktualnie rozmawiamy na temat rozszerzenia naszej działalności na Rudę Śląską.

Kilka lat temu firma była na krawędzi bankructwa. Trudno się zresztą dziwić, skoro 85 kierowców obsługiwało aż 61 pracowników zatrudnionych w centrali. Obecnie taksówkami jeździ ponad 200 osób, natomiast do ich obsługi wystarczą 23 osoby. Inwestowano jednak nie tylko w kierowców i samochody, ale również w nowoczesną sieć trackingową Radio-Taxi. Nowa centrala kosztowała ponad milion złotych. Szybko okazało się jednak, że jej możliwości są daleko większe niż tylko utrzymywanie łączności z czekającymi na klienta taksówkami. Można dzięki niej przesyłać komunikaty tekstowe oraz, na przykład realizować połączenia telefoniczne z innymi sieciami operatorskimi. Pojemność centrali jest duża, co wykorzystać można do obsługi innych firm w tym przewozowych, zaopatrzeniowych, czy też ochroniarskich. MPT jest prawdopodobnie jedyną tego typu firmą w Polsce, posiadającą koncesję ministra łączności na świadczenie usług telekomunikacyjnych.

- Bardzo staramy się, by każda taksówka, która jeździ na Śląsku miała wyeksponowany w widocznym dla klienta miejscu cennik – mówi Marian Matuga. – My mamy od dwóch lat najniższe stawki i staramy się to utrzymać. Mamy też sztywne łącze z policją, co wzmacnia bezpieczeństwo taksówkarzy i pasażerów.

W złożonym już liście intencyjnym, wolę przejęcia przedsiębiorstwa zgłaszają sami taksówkarze i pracownicy firmy.

- Rynek usług taksówkowych jest coraz trudniejszy – mówi Marian Matuga. – Konkurencja jest coraz większa, a samochodów prywatnych z każdym dniem przybywa. Wzrost liczby zleceń udało nam się osiągnąć poprzez wprowadzenie stałych abonamentów i dogodną lokalizację postojów, szczególnie przy wielkich centrach handlowych.

Autor artykułu: (jal)

Chorobliwe chorobowe

Friday, March 16th, 2001

Koszt prowadzenia firmy zwiększają niedzisiejsze przepisy kodeksu pracy. Związkowcy usztywniają się na hasło jego nowelizacji. Jednak zmiana choćby w zakresie skrócenia opłacania przez pracodawcę liczby dni chorobowych, za które sam wypłaca pracownikowi zasiłek, złagodziłoby skutki absencji w firmach. Zwłaszcza że ZUS nadal wykrywa pobieranie nienależnego zasiłku chorobowego, czyli ,lewe” zwolnienia.

Obecnie pracodawcy wypłacają zasiłek chorobowy przez pierwsze 35 dni choroby podwładnego. W tym czasie muszą mieć pieniądze na nadgodziny, w jakich zatrudniają pozostałych pracowników wykonujących zadania chorującego kolegi. Pierwsze dwie nadgodziny w danym dniu płacone są po 150 proc., a następne po 200 proc. stawki. Tak więc L-4 pracownika słono kosztuje pracodawcę. Polska Konfederacja Pracodawców Prywatnych proponuje zmianę w przepisach i odciążenie przedsiębiorców: płaciliby oni z własnej kieszeni za mniejszą liczbę dni, w których pracownik choruje. Pierwsze 2 dni byłyby niepłatne, a zasiłek chorobowy obniżony z 80 do 75 proc. Powołują się przy tym na prawodawstwo unijne.

- W Unii Europejskiej nie ma jednakowej sytuacji prawnej pracowników, istnieje też zróżnicowanie warunków zatrudnienia w zależności od wielkości firmy – zauważa Mikołaj Lewicki z PKPP.

Państwa Europy stały przed laty wobec tego samego problemu, co dziś Polska: jak obniżyć koszty pracy i zapobiec wyłudzaniu nienależnych zwolnień lekarskich.

- Jeżeli ktoś idzie na zwolnienie, które mu się nie należy, to pracodawca musi przeznaczyć więcej pieniędzy na zasiłki, a pracę nieobecnych i tak ktoś musi wykonać – tłumaczy poseł Jan Lityński z UW.

Posłowie usiłowali przeciwdziałać nadmiernym kosztom z powodu chorobowego. Wprowadzono system reglamentacji i kontroli zwolnień lekarskich, które były nadużywane. Ministerstwo Finansów szacowało bowiem, że Skarb Państwa tracił na tym dziennie około 3 mln zł. W drugiej połowie lat 90. ZUS wypłacał ich coraz więcej. Na przykład w 1996 r. wydał na to 2,3 mld zł, w 1998 r. 4,2 mld zł, o 880 mln więcej niż planowano w budżecie, bo Polacy przebywali prawie 170 mln dni na L-4. Od 1999 r. przerzucono płatność na barki pracodawców, którzy jednak, wskutek nowelizacji ustawy o ubezpieczeniach społecznych, mogli zwrócić się do ZUS o skontrolowanie podwładnego przebywającego na L-4.

Ustawa problem rozwiązała tylko częściowo. Reglamentacją i kontrolą zaświadczeń o niezdolności do pracy zajmują się obecnie lekarze orzecznicy w ZUS. Przeprowadzają oni około 200 tys. kontroli rocznie. Lekarz za ,lewe” zwolnienia miał tracić uprawnienia do wydawania L-4. Na razie w skali kraju za jeden rok jest to kilkanaście osób (100 tys. lekarzy z prawem wystawiania L-4). Zasiłek tracą natomiast masowo osoby, które podczas zwolnienia podejmują dodatkową pracę.

- W ubiegłym roku mieliśmy prawie 40 tysięcy takich przypadków – dowiadujemy się w ZUS.

ZUS i Ministerstwo Pracy uważają, że w efekcie kontroli aż o 25 proc. spadła absencja chorobowa. Nadal jednak około 120 mln dni rocznie chorujemy naprawdę lub na niby. Te dni to koszty pracodawcy. Przedsiębiorca musi wypłacić zasiłki i nadgodziny dla innych pracowników, ale w związku z tym maleją szanse na podwyżki płac. Dlatego Henryka Bochniarz, prezydent Polskiej Konfederacji Pracowników Prywatnych postuluje zmiany w kodeksie pracy, by biznes rzeczywiście mógł płacić tylko tym, którzy chcą pracować. Na razie płaci również takim, którzy pobierając zasiłek chorobowy, modlą się w dorywczej robocie o to, by na ,lewym” L-4 nie przyłapał ich ZUS.

Jak to robią w Europie?
* W Wielkiej Brytanii pracodawca wypłaca świadczenia za czas choroby przez 28 dni. Może też odzyskać wypłacone kwoty poprzez potrącenie ich ze składek na ubezpieczenie społeczne. Nie ma również ustawowego, jak w Polsce, zakazu wypowiedzenia umowy o pracę w trakcie chorobowego.
* Francja nie uregulowała ustawowo wysokości płacy za czas choroby. Decydują o tym układy zbiorowe pracy. Zgodnie z nimi pracownik w czasie chorobowego otrzymuje zagwarantowane mu w układzie minimalne wynagrodzenie, a umowa o pracę ulega zawieszeniu. Choroba pracownika także nie jest powodem do wstrzymywania się z wypowiedzeniem.
* Z kolei w Niemczech znanych z socjalnego charakteru można otrzymywać wynagrodzenie z tytułu niezdolności spowodowanej chorobą do 6 tygodni – czyli krócej niż w Polsce.
* We włoskim prawie choroba pracownika powoduje zawieszenie umowy o pracę, a wynagrodzenie za ten czas jest zagwarantowane na innym poziomie w odniesieniu do pracowników umysłowych i fizycznych. ,Białe kołnierzyki” dostają tyle, ile gwarantuje im układ zbiorowy, a ,drelichy” otrzymują zasiłek z ubezpieczenia społecznego w wysokości 60 proc. wynagrodzenia (w Polsce – 80 proc.), i to począwszy od 3 dnia choroby. Tak więc pierwsze 2 dni choroby są niepłatne, nie przysługuje też zasiłek w nieskończoność, ale maksymalnie tylko przez okres ustalony w układzie zbiorowym pracy.

Autor artykułu: BEATA SYPUŁA

Sławomir Żukowski: Człowiek renesansu

Friday, March 16th, 2001

- Teatr jest moim życiem. Kiedy umrę, chciałbym, by właśnie w teatrze odbyła się msza żałobna przy mojej trumnie – powiedział Sławomir Żukowski z Tychów. Jest reżyserem, rysownikiem, malarzem, scenografem, projektantem wnętrz, pisarzem, twórcą Teatru BELFEgoR w Tychach.

Pierwsze przedstawienie teatralne wyreżyserował… na podwórku w rodzinnym Radomiu. Była to adaptacja ,Chłopców z Placu Broni”. Pod wpływem tej lektury napisał też swoje pierwsze opowiadanie.

Z prawdziwym teatrem po raz pierwszy zetknął się we Wrocławiu, gdzie wyjechał dokończyć rozpoczętą w Kielcach naukę w liceum plastycznym.

- Zacząłem się realizować jako aktor w teatrze poezji, pobierając u Heleny Reklewskiej-Komorowskiej z wrocławskiego Teatru Współczesnego lekcje dykcji, emisji głosu i ogólnej wiedzy o teatrze – wspomina artysta. – Uczyła mnie, jednocześnie wybijając mi z głowy myśli o szkole teatralnej. Uważała, że powinienem malować. Trudno było jednak nie myśleć o teatrze, skoro nawet jako uczeń wrocławskiego liceum byłem na praktyce w teatralnej pracowni modelarskiej. Robiłem elementy scenografii do sztuki Henryka Tomaszewskiego. Robiłem je nocami, bo w dzień oczu od sceny oderwać nie mogłem.

Sławomir Żukowski był o krok od studiów w Wyższej Szkole Plastycznej. Podczas egzaminów odwiedziła go jednak koleżanka studiująca kulturę oświatową w Wyższej Szkole Rolniczo-Pedagogicznej w Siedlcach i namówiła na zmianę planów.

W Siedlcach Żukowski został nie tylko studentem Wyższej Szkoły Rolniczo-Pedagogicznej, ale i scenografem elitarnego teatru studenckiego, w którym wkrótce zadebiutował rolą… stróża cmentarnego. W następnych sztukach miał już poważniejsze zadania: główna rola w ,Serenadzie” Mrożka, Hajmon w ,Antygonie”…

Do Tychów przyjechał po wojsku i pierwszym doświadczeniu w pracy pedagogicznej.

- Jako specjalista od wystawiennictwa i witryn sklepowych (efekt kształcenia w liceum wrocławskim), patrzyłem przede wszystkim w okna sklepów. Z każdego spoglądał na mnie Lenin – wspomina.

Został nauczycielem plastyki w Szkole Podstawowej 22 w Tychach. Potem był metodykiem, wreszcie starszym wizytatorem w Kuratorium Oświaty w Katowicach.

- Ale nie umiałem być urzędnikiem. Zwolniłem się. Od ponad trzech lat zajmuję się tylko sztuką – mówi. – Najtrwalszym dziełem mojego życia jest Teatr BELFEgoR, który wyrósł z nauczycielskiego teatru amatorskiego o nazwie ,Belfer”.

3 marca piętnastą premierą BELFEgoR świętował piętnastolecie swojego istnienia. W reżyserii i oprawie scenicznej Sławomira Żukowskiego przedstawił sztukę pt. ,Magiel” – satyrę na reformy, bylejakość, codzienne Polaków rozmowy…

Dokładnie rok temu, w marcu 2000 r., 35-lecie Teatru Małego w Tychach Żukowski uczcił światową prapremierą teatralnej adaptacji ,Wystarczy być” Jerzego Kosińskiego, którą swoją obecnością zaszczyciła wdowa po pisarzu, Katherina von Fraunhofer-Kosinski. Nieco wcześniej zaskoczył wszystkich wydarzeniem zupełnie nieteatralnym, wydając książkę pt. ,Przypływ-odpływ”. Podczas promocji połączonej z aukcją swoich rysunków satyrycznych, na których uwiecznił tyskich VIP-ów, powiedział: – Czego nie pokazuję na scenie – maluję, a czego nie namaluję – napiszę – mówi S. Żukowski.

Kilka miesięcy później, podczas II Tyskiego Festiwalu Muzycznego im. Ryśka Riedla, ustalił nowy rekord Księgi Guinnessa: w malowaniu największego obrazu w najkrótszym czasie na oczach wielotysięcznej publiczności.

Żałuje tylko jednego: Że nie żyje w innej epoce.

- Najbardziej pasowałby mi renesans. Przy mojej łatwości nawiązywania kontaktów z ludźmi myślę, że udałoby mi się oczarować jakąś królową i zostać nadwornym malarzem. Nie musiałbym się martwić o byt, sponsorów. Żyłoby mi się na pewno lepiej – powiedział.

Autor artykułu: JOLANTA PIEROŃCZYK

Podczas konwentu udowadniano, że komunalizacja energetyki oznacza niższe ceny

Wednesday, March 14th, 2001

- Niemcy mówią, że dobry gospodarz nie sprzedaje rzeczy, których używa na co dzień. Jest więc sens w tym, by polityka energetyczna była realizowana na poziomie lokalnym, co oznacza, że restrukturyzacja sektora energetycznego powinna iść w kierunku utworzenia komunalnych zakładów energetycznych – mówił podczas wczorajszego Konwentu Przewodniczących Rad Miast Województwa Śląskiego, dr Kazimierz Głowacki.

Prelegent to były pełnomocnik prezydenta Krakowa ds. energetyki i autor książki “Struktura własności, a ceny energii. Przykład USA” . Z danych, które podczas spotkania w Ratuszu przedstawił dr Głowacki wynika, że w Stanach Zjednoczonych komunalne przedsiębiorstwa, mimo że mniejsze, dostarczają energię po niższych cenach. Stan ten trwa już od pół wieku, czyli od momentu kiedy rząd federalny nakazał prowadzenie takich statystyk. I tak, przykładowo w 1997 roku odbiorcy energii elektrycznej w gospodarstwach domowych, obsługiwani przez firmy prywatne płacili o 31 proc. wyższe stawki niż ci , których obsługiwały firmy komunalne.

Skąd tak duże różnice w cenach? Biorą się one stąd, że firmy komunalne nie działają dla zysku i nie są zobowiązane do wypłacania dywidend akcjonariuszom, mają niższe koszty administracyjne, ceny za energię zatwierdzają lokalne władze i nie istnieją żadne tajemnice handlowe wobec odbiorców. Jest to jedna z najważniejszych cech firmy publicznej.

- W Stanach Zjednoczonych istnieje coś takiego jak giełda energii. Efekt był taki, że firmy prywatne zaczęły schodzić z cenami – wyjaśniał dr Głowacki. – Właśnie na przykładzie Stanów Zjednoczonych można obalić jeszcze jeden mit, że przedsiębiorstwa komunalne nie są w stanie zapewnić serwisu na właściwym poziomie. Nie jest to prawdą. Wszak przedsiębiorstwa komunalne z powodzeniem świadczą różnorakie usługi swoim klientom. Czynią to równie odpowiedzialnie, jak inne przedsiębiorstwa, w taki sam sposób dobierają kadry i stosują te same technologie.

Problem energetyki komunalnej na obecnym etapie restrukturyzacji przekracza możliwości skutecznej interwencji samorządów. Wymaga więc włączenia się do prac parlamentarzystów. W okresie przedwyborczym wszystkie ugrupowania polityczne, z wyjątkiem Unii Polityki realnej, zadeklarowały poparcie dla przejęcia przez gminy lokalnej infrastruktury energetycznej.

Autor artykułu: (jh)

Osiedlowa nuda

Wednesday, March 14th, 2001

Jeszcze przed kilkunastoma laty trudno wręcz było sobie wyobrazić blokowisko bez osiedlowego klubu, prowadzonego przez spółdzielnie mieszkaniowe. Problem w tym, że obecnie placówki tego typu można policzyć na palcach jednej ręki…

Działające obecnie kluby najczęściej szczycą się już co najmniej kilkunastoletnią historią. Większości spółdzielni mieszkaniowych na ogół nie tylko nie stać na tworzenie nowych, ale i utrzymywanie już istniejących. Część urzędników w spółdzielniach w ogóle nie wie, o co chodzi, odsyłając pytających o tego typu placówki od przysłowiowego “Annasza do Kajfasza”, w innych od razu uprzejmie wyjaśnia się, że spółdzielnia jest zbyt mała…

- Gospodarujemy tym, co mamy. Z całą pewnością z wdzięcznością powitalibyśmy nieco większy budżet, ponieważ umożliwiłoby to poszerzenie działalności. Marzymy o większej ilości wyjazdów, w obecnej sytuacji jest to jednak mało realne. Dlatego też cieszymy się z tego, co jest – mówi Urszula Boczoń, instruktorka knurowskiego klubu “Lokatorek”.

Okazuje się jednak, że sporo zależy również od samych zainteresowanych.

- Pracuję z dziećmi od kilkunastu lat i widzę ogromną różnicę w ich podejściu i oczekiwaniach. Maluchy chcą przede wszystkim brać, znacznie gorzej natomiast jest z dawaniem. Oczekują luźnych zajęć i nie chcą się uczyć, dlatego też mamy problemy z kółkiem teatralnym. Wielkim powodzeniem cieszą się natomiast wszelkie konkursy z nagrodami, zwłaszcza plenerowe. Wystarczy nawet symboliczny cukierek! Kłopot w tym, że z coraz większymi problemami finansowymi borykają się również potencjalni sponsorzy.
Chcielibyśmy poszerzyć działalność, ale brakuje na to pieniędzy. Ważne jednak, że dzieci mają otwarte drzwi i mogą do nas przychodzić. Cechą charakterystyczną naszej placówki jest brak telewizora. Uważam, że dzieci i tak spędzają zbyt dużo czasu przed ekranem. Uczymy ich innych form kontaktu z rówieśnikami, wspólnych rozmów i zabaw – podkreśla Teresa Dubek, kierowniczka gliwickiego “Mrowiska”.

W oczekiwaniu na powrót zapracowanej mamy maluchy pod okiem opiekunów odrabiają lekcje lub też rozwijają własne talenty i zainteresowania. Zdarza się jednak, że dorośli mylą te placówki z wypożyczalniami i oczekują, że klub zapewni atrakcyjny sprzęt, którego dzieciom brakuje w rodzinnych domach.

- Ważne, by rodzice potrafili docenić i wykorzystać tkwiące w ich dziecku możliwości. Atrakcyjne zorganizowanie czasu własnej pociechy to nie tylko wspaniała zabawa całej rodziny, ale i gwarancja jej bezpieczeństwa. Z naszych doświadczeń wynika bowiem, że niezależnie od pogody dzieci wymyślają zabawy, które przerażają dorosłych. W czasie deszczu mogą to być np. telefony pod zakazane numery, przy pięknej pogodzie psoty w niebezpiecznych miejscach. Dlatego też warto korzystać z propozycji szkolnych kółek zainteresowań, świetlic osiedlowych, domów kultury, ognisk muzycznych, czy też np. harcerstwa – zachęca komisarz Magdalena Zielińska z Komendy Miejskiej Policji w Gliwicach.

Autor artykułu: KATARZYNA PALICZKA

Ogień strawił dach

Wednesday, March 14th, 2001

- Sąsiad zauważył, że się pali. Przebiegł i powiedział o pożarze mamie i siostrze. Wezwali straż, rozpoczęła się akcja. Mama zadzwoniła do mnie, żebym przyjechał – opowiadał wczoraj podenerwowanym głosem Tadeusz Wątor zaraz po tym, jak strażacy ugasili pożar w budynku jednorodzinnym w Czechowicach-Dziedzicach.

Wczoraj padał deszcz. Strażacy raczej nie spodziewali się, że będą musieli wyjeżdżać do pożarów. Jednak o 11.41 otrzymali zgłoszenie, że pali się budynek przy ul. Kostki Napierskiego.

- Na miejsce zdarzenia przyjechały dwa zastępy Ochotniczej Straży Pożarnej i cztery jednostki Państwowej Straży Pożarnej. W sumie w akcji gaśniczej wzięło udział 30 strażaków – poinformowała nas Ewa Beńko, rzecznik prasowy PSP w Bielsku.

Akcja trwała blisko 3 godziny. Nikomu nic się nie stało. Spaliła się jednak większa część dachu budynku, nadpaliły się stropy. – Straty będą duże. Cały dach jest do wymiany. Dobrze, że nikomu nic się nie stało – dodał Tadeusz Wątor.

Według strażaków straty wyniosły 35 tys. złotych. Wstępnie ustalili, że pożar wybuchł z powodu nieszczelnego przewodu kominowego.

Autor artykułu: (jak)

Nierzetelne pralnie

Tuesday, March 13th, 2001

Niektóre sformułowania zawarte w regulaminach zakładów pralniczych są bardzo niekorzystne dla klientów.

Pracownicy inspekcji handlowej nim przystąpili do kontroli pralni wystąpili w roli klientów. W zakładach zlecili wykonanie usługi w zakresie chemicznego czyszczenia odzieży. I już w momencie wystawienia pokwitowania rozpoczęły się problemy. Brakowało bowiem na nich określenia terminu realizacji zobowiązania, adnotacji o szacunkowej wartości powierzonego przedmiotu.

Analizując treść regulaminów określających warunki umowy zawieranej między usługodawcą a wykonawcą okazuje się, że są one mało precyzyjne, a niektóre z nich zawierają zapisy wręcz niekorzystne dla klientów. Dotyczy to szczególnie wysokości odszkodowania w przypadku zgubienia lub zniszczenia odzieży podczas procesu czyszczenia. Inspektorzy odkryli również ograniczenia czasu składania reklamacji. Bywa ona możliwa tylko w momencie odbioru garderoby. Zapisy regulaminowe nie zabezpieczają w pełni interesów konsumenta, co może stwarzać kłopoty w przypadku wypłaty odszkodowania.

Inspektorzy przypominają, że wszelkie informacje o możliwości zniszczenia odzieży w czasie czyszczenia powinny być złożone przed przyjęciem usługi i to na piśmie. W przypadku ustaleń ustnych każda ze stron może się wyrzec składanych deklaracji. Reklamacje natomiast można zgłaszać nawet do roku od odebrania rzeczy z pralni. Jednak nie należy tego prawa nadużywać. W przypadku, gdy rzecz zostanie zniszczona podczas czyszczenia mamy prawo żądać usunięcia wady oraz określenia czasu, w jakim zostanie ona usunięta.

Autor artykułu: (kak)

Głodujący żądają konkretnych działań

Tuesday, March 13th, 2001

Ponad dwudziestu posłów i senatorów zjawiło się wczoraj w Hucie Po spotkaniu z zarządem niektórzy parlamentarzyści zdecydowali się na rozmowę z prowadzącymi głodówkę protestacyjną związkowcami. Usłyszeli szereg przykrych słów, ale obiecali pomóc z rozwiązaniu problemów, z jakimi boryka się zakład.

Takiego najazdu oficjeli Huta Katowice nie przeżywała już dawno. Oprócz ponad dwudziestu posłów i senatorów w zakładzie zjawili się marszałek województwa śląskiego Jan Olbrycht oraz wicewojewoda śląski Jan Korzeniec. Najpierw wszyscy wysłuchali wyjaśnień prezesa zarządu HK Andrzeja Capigi, który przedstawił program ratowania zakładu.

- Zarząd, jak i sam prezes Capiga to jeden z atutów Huty Katowice – stwierdził senator Jerzy Markowski. – Kłopot w tym, że kompetencje do rozwiązania problemów zarówno HK, jak i całego polskiego hutnictwa są wyżej.

Parlamentarzyści zobowiązali się jednak, że doprowadzą jeszcze w tym tygodniu do spotkania z premierem i odpowiedzialnymi za gospodarkę ministrami, którzy władni są podjąć odpowiednie decyzje.

- Ustawa o restrukturyzacji hutnictwa nie może być inna od tej, która obowiązuje w górnictwie – twierdzi senator Markowski.

Potem niektórzy z parlamentarzystów udali się do sali, gdzie przebywają głodujący od środy związkowcy. Protestujący zarzucali parlamentarzystom, że udzielają obietnic bez pokrycia, a tak naprawdę nikt z nich nie interesuje się losem upadających zakładów.

- Wśród nas są przedstawiciele Huty Katowice, Huty Bankowa i Huty Pokój, razem 23 osoby – mówi Roman Widawski, głodujący od środy hutnik. – Nie chcemy już obietnic, tylko konkretów.

Parlamentarzystów pytano na przykład, czy potrafią zjednoczyć się, żeby pomóc hucie. Głodujący uzyskali odpowiedź twierdzącą.

- Nie ma mowy, by Huta Katowice ogłosiła upadłość – uspokajał zebranych poseł Tomasz Karwowski.

- O tym, czy huta upadnie, decydują banki, chyba że rząd udzieli gwarancji kredytowych – ripostował Marek Lipczyk, prezydent Dąbrowy Górniczej.

Część parlamentarzystów odwiedziła także głodujących w sąsiedniej sali kilkunastu związkowców z ,Sierpnia ’80″. Po spotkaniu z posłami działacze tej centrali przerwali swój protest i opuścili biurowiec Huty Katowice.

Autor artykułu: JAROSŁAW LATACZ, (wow)

Szybka sztuka

Tuesday, March 13th, 2001

Młodzieżowy Dom Kultury w Częstochowie zorganizował już po raz XXVI przegląd Szkolnych Zespołów Artystycznych.
W przeglądzie wzięły udział grupy ze szkół miejskich i z częstochowskiego powiatu ziemskiego. Zgłosiło się kilkadziesiąt zespołów teatralnych i kabaretowych. Ze względu na liczbę zgłoszeń czas prezentacji ograniczono do 15 minut.

Wśród placówek ponadgimnazjalnych najlepsza okazała się Ogólnokształcąca Szkoła Sztuk Pięknych z Częstochowy ze spektaklem ,”Kopciuch”.

Wśród podstawówek zwyciężyła SP z Olsztyna za “Pierwszą Miłość”. Wśród gimnazjów dwie drugie nagrody przyznano Gimnazjum przy Ogólnokształcącej Szkole Sztuk Pięknych w Częstochowie za “Zieloną Gęś” i Gimnazjum nr 16 w Częstochowie za kabaret “Szkolna telewizja kablowa”.

Autor artykułu: (zab)