Wciąż trwają poszukiwania najbardziej delikatnego, najmniej przebojowego z całej trójki owczarka Grupy Jurajskiej GOPR. Dla osoby, która znajdzie owczarka lub poda informację o miejscu jego pobytu, redakcja “Dziennika Zachodniego” ufundowała specjalną nagrodę.
Trzy owczarki, szkolone specjalnie do ratowania ofiar wypadków, zniknęły w czwartek ze stacji GOPR w Podlesicach. Ktoś otworzył im ogrodzony wybieg. Psy nie mogły zrobić tego same, gdyż furtka otwierana jest tylko od zewnątrz.
- To nie był przypadek, albo ktoś zrobił nam głupi kawał, albo zrobił to z zawiści lub zemsty – wyjaśnia Piotr Van der Coghen, szef jurajskich ratowników. – Otwarcie furtki spowodowało, że psy wydostały się z wybiegu. Ponieważ nie zostały przywołane przez przewodnika, pobiegły za suką. Mogły być też wywiezione. Głupi dowcip, prosty w swoim zamyśle, z dużymi jednak konsekwencjami.
Skradzione psy służą ratownikom wyłącznie do poszukiwania ofiar wypadków w górach i na Jurze.
Są do tego specjalnie szkolone. Nie nadają się na myśliwych, nie umieją pilnować gospodarstw, nie są agresywne. Pies-ratownik musi być łagodny, przyjazny ludziom, bystry i bardzo inteligentny. Najważniejszy dla niego jest zapach człowieka, nie może się bowiem zdarzyć, że w czasie akcji, zamiast szukać konkretnej osoby, zacznie tropić, np. inne zwierzęta.
- To dzięki życzliwym, dobrym ludziom, którzy do nas dzwonią z informacjami, dotarliśmy do dwóch naszych owczarków – mówi Piotr Van der Coghen. – Pierwszego z nich, Nortona, znaleźliśmy na jednej z posesji w piątek wieczorem. Gospodarz tłumaczył nam, że przyprowadziły go dzieci. Drugi z owczarków, Szant, chory na zapalenie ucha środkowego, znalazł się w sobotę. Odnaleźliśmy go w odległości ok. 4 km od stacji GOPR. Szedł zmarznięty i zmarnowany od strony Żarek. Miał poranione łapy.
Psy dochodzą do siebie. Młody Norton już bryka po podwórku, mimo że weterynarz doszukał się u niego początków zapalenia oskrzeli. Próbuje wtórować mu 10-letni Szant. Jest jednak chory, bierze antybiotyki. Psy po powrocie nie mogły nacieszyć się swoimi przewodnikami. Na przemian jadły i spały, odreagowały stres.
W Podlesicach brakuje jeszcze jednego zwierzaka. Najgorsze, według ratowników, co mogłoby go spotkać, to przywiązanie do budy i pilnowanie gospodarstwa. Pies-ratownik do tego się nie nadaje, on lgnie do ludzi, nie będzie na nich szczekał. Gdy właściciel go wyrzuci, nie przetrwa na wolności. Nie umie polować i nie przeżyje.
GOPR-owcy sprawdzają każdy telefon, biorą po uwagę każdy ślad, który może naprowadzić ich na zwierzaka. W tej chwili do pomocy służą im jeszcze dwa psy, doświadczona Sajga i młody Wantos. Oprócz swoich codziennych obowiązków, które muszą wykonywać, nadal szukają swojego tropiciela. Miejmy nadzieję, że się znajdzie.
Autor artykułu: LUCYNA STĘPNIEWSKA