Wicemarszałek Senatu, wybitny reżyser, pochodzi z Szopienic. Do stolicy wyjechał walczyć o sprawy Śląska. Mało kto wie, że niewiele brakowało, by został… piłkarzem!
Gdyby ludzi z taką siłą przebicia śląska ziemia dała więcej, zapewne inaczej byłyby traktowane i postrzegane jej problemy. Kazimierz Kutz całe swe życie poświęcił “śląskiej sprawie”. Jako reżyser sprawił, że Polska poznała specyfikę i trud życia Ślązaków. Gdy tego było mało, pan Kazimierz zajął się polityką, by wiernie bronić swoich ludzi TEJ ziemi i środowiska artystycznego, w które wpisał się na stałe. Tym razem postanowiliśmy jednak spytać senatora o jego zainteresowania sportem.
- Czy to prawda, że miał pan być piłkarzem ?
- W moich rodzinnych Szopienicach w piłkę nożną grali niemal wszyscy chłopcy. Ta umiejętność była konieczna, by w jakiś sposób zaistnieć w podwórkowej hierarchii. Zanim jednak futbolówka zawładnęła moim życiem, uczęszczałem do sekcji akrobatycznej Towarzystwa Sportowego “Sokół”. Kontynuowałem w ten sposób niejako tradycje rodzinne, gdyż moi rodzice byli gimnastykami, tata startował nawet w wieloboju. Mając 10 lat bez problemów umiałem wykonać salto w przód i tył. Wracając jednak do piłki nożnej, w okolicy mego domu było kilka klubów. M.in. TS Szopienice, późniejszy A-klasowy HKS. Graliśmy także mecze między ulicami i dzielnicami. Emocji było co nie miara. Po wojnie nadal staraliśmy się kontynuować dobre, piłkarskie tradycje. Warto wspomnieć, że największym świętem był przyjazd do Szopienic Ruchu Chorzów. Był czas, że corocznie “Niebiescy” grali z A-klasowymi Szopienicami. To było wydarzenie, które porównałbym z wizytą papieża. Ogólne szaleństwo. Ruch to wtedy była połowa reprezentacji Polski!
- Co spowodowało, że nie poszedł pan w końcu w ślady swych idoli?
- Po prostu inne obowiązki i zainteresowania, które przychodziły z wiekiem. Na studiach grałem oczywiście w piłkę, jeszcze w siatkówkę i koszykówkę, ale sport był już tylko uzupełnieniem codzienności. Pozostawałem na bieżąco ze sportem, ale tylko jako kibic. Nadal jestem sympatykiem Ruchu Chorzów, mam kontakt z prezesem Rogalą, znam Gerarda Cieślika. Pamiętem, że na początku lat 50. byłem w Łodzi na meczu ŁKS – Ruch. Wtedy Cieślik strzelił gola z ponad 40 metrów, a do uderzenia złożył się stojąc tyłem do bramki… Ostatnio byłem na Stadionie Śląskim, by obejrzeć mecz Polska – Norwegia. Śledzę wydarzenia sportowe na bieżąco, głównie ligi: niemiecką i włoską. Bardzo się cieszę z sukcesów Adama Małysza.
- Co z perspektywy czasu utkwiło w pańskiej pamięci najbardziej? Jakie sportowe wydarzenia, postacie?
- Z pewnością awans reprezentacji Kazimierza Górskiego do mistrzostw świata w 1974 roku wywarł na mnie wielkie wrażenie. Nie mniejsze olimpijskie złoto siatkarzy w Montrealu. To było coś wspaniałego, coś co przeżyłem bardzo mocno. Jeśli chodzi o ludzi sportu, to muszę wspomnieć o dwóch moich kolegach. Zacznę od Janusza Sidły. Zanim został wybitnym oszczepnikiem i podbił lekkoatletyczne stadiony świata, był moim sąsiadem z klatki obok. Dziś sądzę, że początkiem jego kariery były wojny, jakie toczyliśmy z rówieśnikami z Sosnowca. Walki na kamienie z chłopakami z drugiej strony Brynicy, kiedyś były niemal codziennością. Sidło rzucał tak zapamiętale, że potem jak poszedł na trening i rzucił tym “patykiem”, to od razu zyskał miano wielkiego talentu.
Inna postać to Jerzy Chromik. To kolega z niższej klasy gimnazjum. Urodzony w Kosztowach nie miał połączenia komunikacyjnego i codziennie do szkoły biegał 5 kilometrów. Z czasem jego organizm osiągnął niebywały wręcz poziom wytrenowania. Chromik biegał naturalnie, lekko, nienagannie technicznie. On się po prostu do tego urodził. Każdy jego występ był dla mnie przeżyciem. W 1955 roku do Warszawy przyjechali wszyscy najlepsi biegacze świata. Asy nad asami, a Chromik wygrał z nimi wszystkimi w znakomitym stylu. Był rekordzistą świata, triumfował w najważniejszych imprezach. Po wspomnianym zwycięstwie w Warszawie, na drugi dzień spotkaliśmy się i pytam go: – Jorguś, co ty wyprawiasz? – Jak to co ? – odpowiedział. – Jo lotom…
- Dziś jest pan sławnym reżyserem, wicemarszałkiem Senatu RP, jak pan patrzy na śląski sport?
- Wielu rzeczy jest po prostu żal. Sport stracił już swój społeczny charakter. Rywalizacja na poziomie zawodowym wypaczyła jego idee. Chcąc liczyć się w profesjonalnej rywalizacji trzeba mieć pieniądze. Dopóki na Śląsku przemysł finansował kluby, było dobrze. Który klub jest dziś wielosekcyjny? Co z naszą lekkoatletyką? Jest źle i nie widać perspektyw na lepsze jutro. Dzieci nie mają wzorców. Może kiedy nastąpi polepszenie sytuacji ekonomicznej, coś drgnie?
- Za nami święta Bożego Narodzenia, zbliża się Nowy Rok. Czy Kazimierz Kutz znalazł pod choinką to, czego szukał? Czy święta spędził na Śląsku?
- To czego naprawdę bym chciał, jest – niestety – niemożliwe do zdobycia. Eliksiru młodości bowiem nie ma… W nowym roku życzyłbym sobie, żeby znalazło się w naszym kraju więcej środków na prawdziwą kulturę. Żeby można było robić dobre filmy. I żeby telewizja też się w to zaangażowała, w promocję kultury przez duże “K”, a nie przyczyniała się do jej upadku.
Co do świąt. Spędziłem je z rodziną w Warszawie. Tak się złożyło, że wiele osób z Senatu wyjechało do domów, a mnie przypadła rola “dyżurnego”. Jeśli chodzi o Wigilię, to pielęgnujemy raczej tradycję polską, a nie typowo śląską. Regionalne akcenty oczywiście są, ale bez tych skrajnych. Pamiętam, że gdy byłem mały, na wigilię podawano między innymi zupę zwaną “siemieniotką”. Była bardzo niedobra i wcale za nią nie tęsknię.
Autor artykułu: Rozmawiał: MARCIN JAROSZEWSKI