Archive for March, 2002

Współpraca od kuchni

Tuesday, March 26th, 2002

22-osobowa grupa węgierskich nauczycieli z miejscowości Szolnok od piątku gościła w bielskim Zespole Szkół Gastronomicznych i Handlowych. Węgrzy odwiedzili Kraków, Zakopane, poznali bliżej bielską szkołę i jej historię, uczestniczyli w lekcjach. Choć przybyli na zaproszenie ZSGiH, w Polsce przebywali na własny koszt. To początek współpracy, jaka ma się zawiązać między szkołami o identycznej specjalizacji.

- Chcieliśmy przybliżyć im tradycję polską związaną z obchodami Świąt Wielkanocnych, kuchnię polską i tradycje staropolskie. Chcieliśmy, by zobaczyli, jak wygląda nasza szkoła – wyjaśnia Jolanta Wikło, dyrektor bielskiej szkoły. Kontakty rozpoczęły się dwa lata temu, gdy nauczyciele z ZSGiH zostali zaproszeni na obchody 25-lecia węgierskiej szkoły. We wrześniu grupa uczniów z Bielska-Białej ma wyjechać na praktyki gastronomiczne na Węgry, gdzie będzie poznawała sekrety tamtejszej kuchni. Dziś grupa węgierskich nauczycieli kończy pobyt w Bielsku-Białej.

Autor artykułu: (klm)

Wielkie coś z niczego

Tuesday, March 26th, 2002

Handlem wierzytelnościami zajmuje się dzisiaj w Polsce około 30 tysięcy firm. Tworzą one potężne lobby, które jest w stanie zdziałać praktycznie wszystko. Wydanie miliona złotych na wsparcie realizacji jakiegoś projektu to żaden problem. Pod koniec ubiegłego roku w jednym z konkursów na najdynamiczniej rozwijającą się firmę regionu kujawsko-pomorskiego zwycięzcą została zatrudniająca kilka osób spółka, której jedynym przedmiotem działania było skupowanie, obrót i sprzedaż długów.

Jednak prawdziwe tuzy tej branży działają na Śląsku. Największy rozgłos towarzyszy ostatnio działaniom Konsorcjum Finansowo-Inwestycyjnego Colloseum z Ornontowic. Szefom tej firmy prokuratura zarzuca wyłudzenia majątku o wartości 350 milionów złotych. Jednak zdaniem naszych rozmówców KFI Colloseum to tylko średniak w branży, który ,niepotrzebnie narobił szumu”, co może popsuć lukratywne interesy innym.

Handlem wierzytelnościami zajmują bądź zajmowali się niektórzy politycy z pierwszych stron gazet i ich rodziny, byli policjanci i milicjanci z generalskimi szlifami, prawnicy, adwokaci, finansiści, a nawet dziennikarze.

- W tej branży najważniejsze są znajomości, bystry umysł i brak skrupułów – mówi nasz informator, zastrzegający sobie anonimowość. – Na początek nie trzeba było mieć wielkich pieniędzy. Działać trzeba szybko, ale naprawdę warto. Dla przykładu podać można, że w handlu zagranicznym rentowność wynosi dzisiaj około 3-4 procent, produkcja to minimalne zyski. Obrót wierzytelnościami daje zysk 50, 60, a czasami i więcej procent, który osiągnąć można w kilka dni. Oscylator Bagsika to przy handlu wierzytelnościami cienki interes.

Wierzytelności to nic innego jak niezapłacone rachunki. A takich na polskim rynku jest bez liku. Od 1990 roku kopalnie, huty, zakłady energetyczne ,wyprodukowały” ogromne długi. Jak wynika z oficjalnych danych, zadłużenie samego tylko górnictwa oscyluje wokół sumy 5 miliardów dolarów! Huty łączną wartość swoich niezapłaconych rachunków szacują na prawie 3 miliardy dolarów. Za prąd sama tylko Huta Katowice nie płaci od kilku lat. Długi tego zakładu wobec kolei wynoszą kilkaset milionów złotych. Jak ujawnił ostatnio Górnośląski Zakład Elektroenergetyczny SA w Gliwicach, wartość rachunków za prąd, których zapłacenie ma on wyegzekwować, przekracza już 400 milionów złotych.

W takiej sytuacji żadna firma nie ma szans na normalne funkcjonowanie. Wyraźnie jednak widać, że cały ten chory układ obejmuje przedsiębiorstwa, których właścicielem całości bądź dominującej części udziałów jest Skarb Państwa. Właśnie ta sytuacja jest źródłem największych problemów pracowników firm-wierzycieli. Jednocześnie ten stan rzeczy umożliwia czerpanie krociowych zysków przez kilku handlujących długami biznesmenów.

- Kilkakrotnie próbowaliśmy odciąć dopływ prądu do Huty Katowice – mówi Roman Nanuś, były główny księgowy Będzińskiego Zakładu Elektroenergetycznego. – Nigdy do tego nie doszło, bo nie było zgody politycznej. Dla polityków ważniejsze było to, że ludzie mają gdzie pracować, niż wyniki finansowe firm, które nie płacą rachunków.
Dla zakładu pracy, szczególnie państwowego, najważniejszą sprawą jest zapewnienie pieniędzy na płace dla załogi. Jeśli jednak wpłaty za dostarczany towar nie pojawiają się, trzeba zdobyć pieniądze inaczej. Jak? W gabinecie prezesa zakładu pojawia się przedstawiciel firmy zajmującej się obrotem wierzytelnościami i proponuje zawarcie układu: ja biorę długi, ale ty mi dajesz wasz towar za kilkadziesiąt procent ich wartości. Kto na tym traci? Oczywiście państwowa firma. Ile? Tu najlepiej oprzeć się na konkretnych przykładach.

Huta Katowice przez ponad dwa lata dostarczała wsad rudzkiej Hucie Pokój, bo właściciel huty z Rudy Śląskiej, czyli KFI Colloseum, przejął wierzytelności dąbrowskiego kombinatu wobec energetyki. Cesja praw do dysponowania nimi zakładała, że za każdą złotówkę długu huta otrzyma wsad, którego wartość wynosi 1 zł. Z pozoru więc nie było można na tym zrobić interesu. Jednak na kolejnych stronach umowy zapisano, że Colloseum ma prawo naliczania odsetek. Ich wysokość ustalono na 50 procent wartości długów. Dzięki temu przez kilkanaście miesięcy z Huty Katowice do Rudy Śląskiej jeździły transporty wsadu, za które zapłatą były wyłącznie horrendalne odsetki od wykupionych długów. Wartość samych długów przez cały ten czas w ogóle nie została obniżona.

- Prokurator mówi w tym przypadku o wyłudzeniach o wartości 350 milionów złotych – mówi nasz informator. – Zapomina się jednak o procentach. Spokojnie można przyjąć, że do tych 350 milionów złotych należałoby dołożyć drugie tyle.

Niezorientowanym w tym biznesowym labiryncie nasuwa się jednak pytanie: W jaki sposób ci, w większości młodzi, biznesmeni z Colloseum zdobyli tak ogromny majątek, by móc kupować wierzytelności o wartości setek milionów złotych? Na jakiej podstawie finansowej snuli plany kupowania wielkich zakładów przemysłowych? Jeździli luksusowymi limuzynami, mieszkali we wspaniałych willach, a wakacje spędzali w najbardziej ekskluzywnych kurortach, ale to tylko w niewielkim stopniu świadczyło o ich rzeczywistych możliwościach finansowych. Jeszcze kilka lat temu tu i ówdzie pojawiały się pogłoski o pieniądzach włoskich mafii pożyczanych ,na rozruch”, tajemniczych kontach w krajach będących tzw. rajami podatkowymi… Rzeczywistość jest jednak mniej skomplikowana.

KFI Colloseum zainwestowało w firmę Kombaz SA – kopalnię bazaltu działającą na północy Polski. Jakieś półtora roku temu kopalnia splajtowała. W mazurskiej ziemi są jednak złoża bazaltu, których wartość specjaliści wycenili na 537 milionów złotych. Jednak tych wyliczeń nikt nie zweryfikował. Właśnie te złoża KFI Colloseum, ich właściciel, sprzedało Energomontażowi Północ Sp. z o.o., firmie będącej spółką-córką giełdowego Energomontażu Północ SA, za 157 milionów złotych. Zapłatę zgodzono się przyjąć nie w gotówce, ale w wekslach poręczanych przez EP SA. Zadbali o to pracownicy Colloseum zasiadający we władzach Energomontażu. Jednak ,żywy pieniądz” nie pojawiał się na żadnym z etapów tej operacji.
- Wystawienie weksla powinno się wiązać z rzeczywistym obrotem gospodarczym – mówią prawnicy. – W Polsce często dzieje się jednak zupełnie inaczej.

Dysponując wekslami o wielomilionowej wartości przedsiębiorczy biznesmeni z Colloseum udali się do Polskich Sieci Elektroenergetycznych SA, jednego z największych przedsiębiorstw w kraju. Nie rozmawiali tam jednak z żadnym z członków zarządu PSE SA, tylko ze zwykłym prokurentem, a ten przystąpił do interesu. Ocenia się, że wydał decyzje dotyczące poręczeń o wartości około miliarda złotych!

- W normalnej firmie byłoby to nie do pomyślenia – mówią proszący o anonimowość biznesmeni. – Wystawienie jakiego kolwiek weksla czy jego zniszczenie powinno być przedmiotem obrad zarządu, trafić na radę nadzorczą itd. Tutaj gigantycznymi pieniędzmi dysponował jeden człowiek.

Przy szybkim obrocie wierzytelnościami gotówka pojawia się dopiero na samym końcu, nieraz bardzo długiego, łańcuszka. Dlatego działający w branży biznesmeni bardzo uważnie śledzą wszystkie informacje dotyczące sytuacji w państwowych przedsiębiorstwach. Wiadomości o przygotowywanych postępowaniach układowych są na wagę złota. Im firma ma większe problemy, tym bardziej jest interesująca dla handlarzy wierzytelnościami. Jej długi można wtedy kupić za śmieszne sumy, upusty dochodzą nawet do 90 procent. Nikogo wtedy zazwyczaj nie obchodzi, jak jego firma ma funkcjonować za 10 procent należności. Kupując dług trzeba jednak wiedzieć, co z nim zrobić, czyli komu go odsprzedać, albo co można za ten dług wziąć.

Cesje własności zakupionych wierzytelności muszą być zarejestrowane w sądzie. W normalnym trybie trzeba na to czekać kilka miesięcy. W tym czasie przedsiębiorstwo, którego długi ktoś kupił, może po prostu upaść. Są jednak osoby, które wszelkie formalności potrafią załatwić błyskawicznie. Istnieją firmy, których właściciele mają świetne dojścia do sędziów. Zdarzały się już przypadki, że odpowiednie postanowienia wydawane były w czasie dni ustawowo wolnych od pracy lub w godzinach, podczas których w wielkich sądowych gmachach przebywa tylko zaspany stróż. Nikogo zorientowanego w handlu długami nie dziwi też to, że decyzje w sprawach wierzytelności z Katowic podejmuje na przykład sędzia z Częstochowy, choć takie postępowanie jest sprzeczne z obowiązującą w polskim prawie zasadą właściwości miejscowej sądów. Pytanie: Ile kosztuje łaskawość konkretnego sędziego? – jest najściślej strzeżoną tajemnicą obu stron.

Wierzytelności są dziś źródłem śmiertelnego zagrożenia dla kilkuset firm działających w naszym kraju. Od dwóch lat ich sytuacja gwałtownie się pogarsza. Sprzedając długi za sumę niższą od ich wartości nominalnej firma godzi się na znacząco mniejsze wpływy. W górnictwie już kilka lat temu wprowadzono zakaz kompensowania długów, ale z naszej wiedzy wynika, że taki proceder trwa. Handel długami zrujnował dziesiątki firm górniczego zaplecza, a najlepsze spośród nich zmieniły właściciela. Za długi tych przedsiębiorstw płacono ich własnymi pieniędzmi. Weksle wystawione przez firmy handlujące długami posłużyły też do zabezpieczenia różnych transakcji w bankach.

- Ten proceder trwa od kilku lat i nikt nie ma siły go przerwać – mówią biznesmeni. – A przecież są pomysły na to, jak tego dokonać. Na przykład taki: skoro właścicielem tych wszystkich zadłużonych hut, kopalń i innych firm jest Skarb Państwa, to niech on stworzy giełdę, na której można byłoby na jasnych zasadach wymieniać należności za towar. Wtedy nie byłoby żadnych pośredników.

Przeciwnikami takich rozwiązań są oczywiście właściciele firm handlujących długami, którzy potrafią dotrzeć do najważniejszych osób w państwie. Wspierają partie polityczne starające się o miejsca w Sejmie i gminnych radach, sponsorują akcje charytatywne i wiele innych przedsięwzięć. Przy okazji korumpują niektórych sędziów, prokuratorów, policjantów, polityków. Nieoficjalnie wymienia się w tym kontekście osoby z kilku firm, które – podobnie jak Colloseum – stały się przedmiotem zainteresowania organów ścigania.

Autor artykułu: JAROSŁAW LATACZ

Czas oczyszczenia

Monday, March 25th, 2002

W kościele katolickim wczorajsza Niedziela Palmowa rozpoczęła Wielki Tydzień. Jednocześnie obchodziliśmy dziesięciolecie archidiecezji katowickiej.

Do katedry pod wezwaniem Chrystusa Króla licznie przybyli wierni, aby uczestniczyć w uroczystej mszy św., którą odprawił abp Damian Zimoń, metropolita katowicki. Z okazji Światowego Dnia Młodzieży zaapelował do nastoletnich mieszkańców, aby byli ,solą ziemi i światłością świata”.

Następnie abp Damian Zimoń w Kurii Metropolitalnej otworzył wystawę ,Bulle biskupów śląskich”.

Autor artykułu: kra

W morzu ognia

Monday, March 25th, 2002

To miała być zwykła robota przy likwidacji tak zwanego chodnika nadścianowego. Brygada pracowników z pierwszej zmiany musiała w sobotę usunąć obudowę z nieczynnego fragmentu wyrobiska na poziomie ponad tysiąca metrów pod ziemią. W pewnej chwili skały runęły, wyrzucając w kierunku pracujących górników masy powietrza, w którym był też niestety metan.

- W tym momencie musiała pojawić się jakaś iskra. Być może od uderzenia kamienia o metalową konstrukcję albo po prostu kamienia o kamień. Metan, który jest lekkim gazem i unosi się w górze, natychmiast się zapalił – mówi Jerzy Majer, główny inżynier przygotowania produkcji w KWK ,Rydułtowy”. Inż. Majer podkreśla, że czujniki rejestrujące poziom stężenia niebezpiecznego gazu natychmiast zadziałały. Górnicy nie mieli już jednak najmniejszych szans, by uciec z zagrożonego rejonu.

Wszystko trwało ułamki sekundy. Jeden z górników przebywających w rydułtowskim szpitalu powiedział, że zapamiętał tylko widok potężnej smugi ognia. W bezpośredniej strefie zagrożenia pracowało dziesięć osób. Wszystkie zostały poparzone. Odgłosy tragedii doszły do górników, którzy pracowali w dolnej części ściany. To oni pospieszyli czym prędzej na ratunek i wynieśli rannych kolegów. Praktycznie w ciągu pół godziny wszystkie ofiary wypadku zostały odtransportowane do szpitali.

Pięciu najciężej rannych górników: Zbigniewa W. (33 lata), Zdzisława K. (36 l.), Rajmunda H. (35 l.), Andrzeja G. (54 l.) i Józefa R. (42 l.) przewieziono do siemianowickiego Centrum Leczenia Oparzeń. Lekarze stan ich zdrowia oceniają jako bardzo ciężki.
- Zagrożone jest życie czterech górników. Jeden jest w lepszym stanie. Mają poparzone twarze, dłonie, klatki piersiowe, plecy i kończyny górne. Ogólnie poparzeniu uległo prawie 80 proc. powierzchni ciała – powiedział dr n. med. Stanisław Sakiel. Trzech górników ma dodatkowo poparzone drogi oddechowe.

Wczoraj górnicy byli przytomni, chociaż znajdowali się w stanie wstrząsu oparzeniowego. W odwiedziny przyjechały rodziny.

- To straszne. O wypadku dowiedziałam się z telewizji, tak jak synowa. Syn od 18. roku życia pracował w kopalni. To pierwsza taka tragedia, w której uczestniczył. Nie mogę patrzeć jak cierpi. A lekarze nie mogą mi obiecać, że będzie żył. Serce mi pęka – relacjonuje ze łzami w oczach Zyta Harazim, matka jednego z rannych górników.

Lekarze z siemianowickiej oparzeniówki twierdzą, że niezbędna będzie operacja przeszczepu skóry.

- Na razie możemy jedynie czekać. Gwarantuję, że zrobimy wszystko co w naszej mocy, żeby z tego wyszli – obiecuje dr Sakiel.
O okolicznościach wypadku górnicy nie wiedzą dużo. Mówią, że nagle zobaczyli olbrzymią kulę ognia. Potem nastąpił wybuch i wszystko zasypał pył.

Kolejnych pięć ofiar wypadku leży na oddziale chirurgicznym Szpitala Miejskiego w Rydułtowach. Ich stan jest poważny, ale stabilny.

- Rozległość poparzeń u pacjentów jest różna. Obejmuje od 30 do 70 procent ciała. Są to głównie oparzenia drugiego i trzeciego stopnia, bez zmian martwiczych. Najwięcej górników odniosło obrażenia klatki piersiowej, szyi, pośladków i kończyn górnych, a także twarzy. U żadnego z przebywających u nas mężczyzn nie stwierdziliśmy jednak uszkodzenia wzroku – powiedział Stanisław Małecki, ordynator Oddziału Chirurgii rydułtowskiego szpitala.
Żaden z górników nie chce opowiadać o wypadku. Większość nic nie pamięta, są w szoku. Wszyscy poszkodowani pracują w kopalni po kilkanaście lat. Niektórzy są górnikami nawet od 20 lat. Pochodzą z Rydułtów, Wodzisławia, Syryni, Raciborza, Kuźni Raciborskiej, Lysek, Żytnej i Zwonowic. Także ich rodziny, wstrząśnięte tragedią, unikają dziennikarzy. Mieszkańcy Rydułtów, z którymi rozmawialiśmy, nie pamiętają, kiedy wydarzył się tutaj podobny wypadek.

- Kopalnia jest bardzo stara, ale ostatnio o wypadkach nie było słychać. Dlatego to tym większy szok. Niedawno przeżywaliśmy tragedię w Jastrzębiu. Nigdy bym nie przypuściła, że wkrótce nieszczęście zdarzy się w Rydułtowach – mówi Krystyna K., mieszkanka rydułtowskiego osiedla Orłowiec.

Tymczasem w podziemiach kopalni trwa gaszenie pożaru, który wybuchł po zapaleniu się metanu. Wczoraj ratownicy przez cały dzień budowali tamy przeciwpożarowe, które mają odciąć dopływ powietrza i w ten sposób zdławić płomienie. Dogaszanie pożaru może trwać nawet kilka tygodni.

Od razu po wypadku w KWK ,Rydułtowy” powołano specjalną komisję, która ma zbadać jego przyczyny. W skład komisji wchodzą m.in. specjaliści z samej kopalni oraz przedstawiciele Wyższego i Okręgowego Urzędu Górniczego. Na wyniki prac specjalistów trzeba będzie jednak poczekać. Nie wiadomo, czy kiedykolwiek uda się precyzyjnie ustalić przyczyny i przebieg zdarzenia.

W ponad 200-letniej historii rydułtowskiej kopalni wypadek taki, jak w sobotę, zdarzył się po raz pierwszy. Ostatni raz śmiertelną ofiarę zanotowano tu siedem lat temu.

Autor artykułu: MIROSŁAWA KSIĄŻEK, MICHAŁ TABAKA

Odroczona koronacja

Monday, March 25th, 2002

Ostatni w tym sezonie hokejowy pojedynek w Oświęcimiu zgromadził na trybunach ponad 3 tys. widzów, w tym sporą grupę kibiców z Katowic. Fani obu drużyn nie żałowali gardeł dopingując swoich pupili, ale wszystko odbywało się w miarę poprawnej atmosferze i do żadnych ekscesów nie doszło. Pierwsze minuty upłynęły pod znakiem dominacji GKS. Doskonałych okazji do zdobycia prowadzenia nie wykorzystali Marek Stebnicki i Wojciech Tkacz. Unia odpowiedziała strzałami z dystansu Mariusza Wojciechowskiego i Adriana Parzyszka, z którymi poradził sobie Marek Batkiewicz. Bramkarz gości w 18 min. został staranowany przez Romana Kelnera, za co Czech został odesłany na cztery minuty na ławkę kar. Gra w przewadze nie była jednak tego dnia mocną stroną katowiczan. Dość powiedzieć, że nie wykorzystali oni żadnego z siedmiu okresów liczebnej dominacji, choć w III tercji przez 42 sek. grali nawet w piątkę na trzech oświęcimian.

Unia zdobyła prowadzenie na początku II odsłony. Mariusz Puzio obsłużył dokładnym podaniem Marcina Jarosa, który stojąc tuż przed bramką dostawił tylko kij, kierując krążek do siatki. W tej tercji zawodnicy raz po raz wędrowali na ławkę kar i najlepsze okazje obie drużyny miały w trakcie gry w przewadze. Po stronie GKS Stebnicki nie trafił do bramki z najmniejszej odległości, a strzał Marka Trybusia obronił świetnie dysponowany Tomasz Jaworski. Po drugiej stronie lodowiska najpierw Puzio trafił w słupek, a chwilę później po kolejnym strzale lewoskrzydłowego pierwszego ataku gospodarzy Parzyszek nie potrafił dobić krążka do pustej bramki.

Bohaterem ostatniej tercji był Sebastian Gonera. Reprezentacyjny obrońca zaliczył asysty przy wszystkich trzech trafieniach Unii pozbawiając katowiczan złudzeń na świętowanie w niedzielny wieczór mistrzowskiego tytułu. Gonera najpierw w 51 min. idealnym podaniem obsłużył Wojciechowskiego, a ten nie zmarnował sytuacji sam na sam z Batkiewiczem. 56 sekund później sam przejechał z krążkiem pół lodowiska objeżdżając bramkę GKS i próbując zaskoczyć golkipera gości. Batkiewicz odbił krążek, lecz nie zdążył go nakryć ciałem i Waldemar Klisiak z bliska wepchnął go do siatki. Wreszcie w 57 min. najlepszy w tym dniu gracz oświęcimian potężnie strzelił z niebieskiej linii, a stojący przed bramkarzem Parzyszek w ostatniej chwili zmienił lot krążka i właśnie jemu sędziowie zapisali to trafienie.

- W hokeju zawsze trzeba grać do końca. Dziś lepiej wytrzymaliśmy fizycznie trudy rywalizacji i dlatego wygraliśmy. Grało mi się dzisiaj bardzo dobrze, bo świetnie się czułem na lodzie. Nie był to jednak mój najlepszy mecz w tym sezonie. Może taki będzie dopiero nasz ostatni pojedynek z GKS w Katowicach – powiedział Sebastian Gonera, a Leszek Laszkiewicz dodał: – To był dla nas mecz ostatniej szansy. Musieliśmy się maksymalnie zmobilizować i w końcu się przełamaliśmy wygrywając u siebie z GKS-em.

Zupełnie inaczej przyczyny swojej porażki widzieli hokeiści z Katowic. – Na losach meczu zaważyła głupio stracona druga bramka. Gdyby nie ten gol, to do końca walczylibyśmy o odrobienie strat, a tak mając świadomość tego, że we wtorek znów czeka nas ciężki pojedynek odpuściliśmy końcówkę spotkania – powiedział Janusz Hajnos, a kapitan GKS Wojciech Tkacz stwierdził: – Niepotrzebnie w III tercji ,otworzyliśmy” się tak mocno i Unia to wykorzystała. To nasza pierwsza od dłuższego czasu przegrana w normalnym czasie gry.

Dwory Unia Oświęcim – GKS Katowice 4:0 (0:0, 1:0, 3:0). Bramki: Marcin Jaros (22), Mariusz Wojciechowski (51), Waldemar Klisiak (52), Adrian Parzyszek (57). Kary: Unia – 22, GKS – 16 min. Widzów: 3 tys. Stan rywalizacji play off 3:3.

UNIA: Jaworski – Cinalski, Gonera, Wojciechowski, Parzyszek, Puzio – Zamojski, Bukna, Kotoński, Kelner, Laszkiewicz – Dulęba, Kłys, Wieloch, Jakubik, Wojtarowicz – Klisiak, Jaros.

GKS: Batkiewicz – Mareczek, Łabuz, Hajnos, Trybuś, Podlipni – Gil, Urban, Tkacz, Stebnicki, Adamczik – Szymański, Niedźwiedź, Grobarczyk, Słodczyk, Jóźwik – Furo, Koszowski, Wołkowicz.

Autor artykułu: JACEK SROKA

To jest horror

Thursday, March 21st, 2002

Tarnogórską Osadę Jana projektowano jeszcze za późnego Gomułki i wtedy nikt nie przypuszczał, że po 35 latach największym problemem mieszkańców będzie znalezienie miejsca do parkowania.

- Ludzie zastawiają drogi, rozjeżdżają skwery, kłócą się i odzierają sobie wzajemnie samochody. To jest horror, naprawdę nie ma gdzie parkować. Mam ,malucha”, a i tak gdy późno wracam z pracy, to nie ma szans na zaparkowanie nawet nie pod blokiem, ale w pobliżu – żali się kobieta z ul. Słoneczników.
Co rusz, między zmotoryzowanymi i niezmotoryzowanymi mieszkańcami dzielnicy dochodzi do konfliktów. W kilku miejscach parkingi już dawno mogłyby powstać, gdyby nie sprzeciwy tych, którzy nie chcą spalin pod oknami. Jeden z mieszkańców użył nawet kiedyś w dyskusji “mocnych” argumentów.

- Jak mi ktoś ten żywopłot przesadzi, żeby zrobić parking, to wezmę siekierę i łeb spadnie – pogroził.

- Nie będziemy nikogo na siłę uszczęśliwiać, ale coś z problemem trzeba zrobić. Największe kłopoty są na ulicy Słoneczników, przed dziesięcioma blokami z jedną klatką. Pod numerami 63, 61 i 50 można zaparkować najwyżej 17 samochodów, a chętnych jest trzy razy tyle. Podobnie jest w pobliżu, przy posesjach o numerach 49, 51, 53, 55, 57. Nie wspomnę już nawet o bloku 43, gdzie ciągle dochodzi do konfliktów. Tłok jest przyczyną wielu stłuczek – wylicza Ewald Opuchlik, przewodniczący Rady Dzielnicy.

Rada i Spółdzielnia Mieszkaniowa “Gwarek” robią co mogą, by rozładować ten tłok. Częściowo udało się to zrobić pod wieżowcami przy al. Kwiatów, od strony torów kolejowych i z drugiej strony osiedla, przy skrzyżowaniu ul. Bytomskiej i Korola z Obwodową. Powstały tu parę miesięcy temu miejsca parkingowe wysypane szutrem. Ale to i tak kropla w morzu potrzeb.

- Gdy przyjeżdża do mnie zięć, musi zostawić auto dwieście metrów od bloku, pod pawilonem. Boimy się złodziei i zwykłych wandali, którzy mogą porysować drogi lakier. Auto, zwłaszcza droższe, zawsze lepiej mieć na oku – mówi nam mieszkaniec osiedla, proszący o anonimowość. Spółdzielnia i Rada Dzielnicy myślą już o nowym parkingu przy ul. Słoneczników. Ma powstać jeszcze w tym roku i służyć mieszkańcom bloków nr 51, 53, 55 i 57.

- Spółdzielnia bardzo nam pomaga. Marzymy nie tylko o nowym parkingu, ale także o garażach dla siedemdziesięciu aut. Można by je wybudować na nieużytkach i jest już konkretny projekt. Gdy już te garaże będą, ścisk na parkingach przy ulicy Słoneczników się zmniejszy, ale problem w wielu miejscach pozostanie – mówi Opuchlik.

Autor artykułu: ANDRZEJ MADEJCZYK

Pierwszy raz…

Thursday, March 21st, 2002

Rzecznik jest urzędnikiem miejskim, powołanym do pomocy mieszkańcom. W jego gestii leżą wszelkie sprawy, związane z jakością handlu oraz usług. Powołano go w Piekarach Śląskich w listopadzie 1999 roku. Funkcję objęła Kinga Swoboda, naczelnik Wydziału Spraw Obywatelskich w Urzędzie Miasta.

Dzisiaj złoży pierwsze sprawozdanie ze swojej działalności. Niestety, wczoraj nie chciała nam powiedzieć, czym i kiedy się zajmowała. Tłumaczyła, że sprawozdanie musi być najpierw zatwierdzone przez radnych, a dopiero potem można poznać jego treść. Nawet pojedyncze sprawy, z którymi zwrócili się do niej piekarzanie nie ujrzą światła dziennego przed dzisiejszą sesją Rady Miasta. O tym, że sprawozdanie jest utajnione do momentu prezentacji na sesji RM, usłyszeliśmy od pracownicy biura rady.

A co na to przewodnicząca piekarskiej RM?

- To nie tak, że sprawozdanie jest utajnione do czasu głosowania nad nim – powiedziała “DZ” Joanna Radwańska, przewodnicząca RM w Piekarach Śląskich. – Nie wiem, skąd wynika takie podejście pani rzecznik. Może przejmuje się tym, że to pierwsze sprawozdanie? Może bardzo się stara wypaść dobrze?

Dopiero po kilku godzinach okazało się, że jednak możemy poznać fakty.
- Podjęłam się mediacji w 50 sprawach. Bardzo różnych. Od źle wykonanej operacji po parę butów. Może się do mnie zwracać z uwagami każdy mieszkaniec miasta, który staje się na co dzień klientem sklepów i firm usługowych – powiedziała “DZ” pani rzecznik. – Mogę mu pomóc, jeśli nie potrafił dogadać się na przykład ze sprzedawcą wadliwego towaru. Codziennie odbieram po kilka telefonów, dwa razy w tygodniu osobiście spotykam się z zainteresowanymi.

Utworzenie instytucji rzecznika zostało nałożone na samorządy ustawowo. Sprawozdanie z działalności składane jest przed radnymi. Ci ostatni otrzymali je w materiałach, przygotowanych na sesję. Już je znają.

- Zapewniam, że nikt tutaj nic nie ukrywa, choć tak mogło to wyglądać. Urzędnicy mogą nie wiedzieć, czy akurat w tej lub innej sprawie wolno im pominąć formalne zasady i udzielić informacji – posumowuje Radwańska.

Autor artykułu: ZBIGNIEW RUSIN

Finał w sobotę

Thursday, March 21st, 2002

Przewodzący w klasyfikacji generalnej Paweł Lewit oraz utytułowany Tomasz Kawa dotarli do finału czwartego turnieju tenisowego Halowego Grand Prix Sosnowca. Ostatni pojedynek zawodów rozegrany zostanie w zagórskiej hali w sobotę o godz. 22.

Rozstawiony z “jedynką” Paweł Lewit w drodze do finału nie stracił seta, oddając w trzech pojedynkach rywalom raptem siedem gemów. Turniejowe zmagania rozpoczął on od pokonania 6:1, 6:0 Piotra Gryca. Następnie faworyt ograł 6:3, 6:0 Bogusława Dudę, który wcześniej wyeliminował (6:1, 6:3) organizatora zawodów Arkadiusza Szrubarczyka. W półfinale Paweł Lewit okazał się natomiast lepszy od będzinianina Jakuba Węgrzyna, wygrywając 6:1, 6:2.

Znacznie większe kłopoty z dotarciem do ostatniego meczu turnieju miał Tomasz Kawa. W pierwszym spotkaniu wprawdzie gładko (6:1, 6:4) pokonał on Eryka Kryczka, młodego tenisistę Czarnych Sosnowiec, ale później stoczył trzygodzinny pojedynek z Waldemarem Gnatowskym, Francuzem mieszkającym w Bielsku-Białej, który w pierwszej rundzie gładko ograł 6:3, 6:3 Dariusza Gwoździa. Pierwszego seta Tomasz Kawa przegrał 1:6, by następnie zapisać na swoje konto dwie kolejne partie (6:4, 6:3).

Jeszcze większe emocje przyniosło półfinałowe spotkanie utytułowanego sosnowiczanina z Dariuszem Nowakiem. Pierwszego wyrównanego seta wygrał 7:5 Tomasz Kawa. W drugim górą (6:3) był Dariusz Nowak. Trzecia partia rozstrzygnięta została dopiero w tie-breaku. W końcówce więcej zimnej krwi zachował Tomasz Kawa, wygrywając 7:6 (9:7).

Dopiero w trzecich setach zakończyły się również trzy spotkania pierwszej rundy. Grzegorz Czepiel pokonał 6:7, 6:1, 6:2 Krzysztofa Blachę, Jakub Węgrzyn wygrał 5:7, 6:2, 6:4 z Andrzejem Baryłą, natomiast Dariusz Nowak pokonał 3:6, 6:4, 7:5 doświadczonego Jana Sidorowicza.

Autor artykułu: (wow)

W turnieju uczestniczyło 120 zawodników

Wednesday, March 20th, 2002

W hali Miejskiego Ośrodka Sportu i Rekreacji w Jastrzębiu odbył się niedawno Międzynarodowy Halowy Turniej Dzieci w Baseballu. W imprezie wystartowało sześć drużyn z naszego regionu (UKS Kosmici Popielów, UKS Gepardy Żory, KS Silesia Rybnik i Baseballowy Klub Jastrzębie), przyjechały również dwie ekipy z czeskiej Ostrawy. W sumie w imprezie uczestniczyło 120 zawodników w wieku do 13 lat. Zmagania zorganizował Górnośląski Okręgowy Związek Baseballu i Sotfballu.

Drużyny rywalizowały w dwóch grupach. Zawodnicy z naszego regionu zaprezentowali bardzo wysoką formę. Silesia Rybnik pokonała BKJ 17:1. Gepardy Żory bez problemu poradziły sobie z UKS-em Kosmici Popielów pokonując go 20:1.

Pojedynek Silesii Rybnik i Ostrawy I zakończył się wynikiem 16:12 dla “naszych”. Ekipa Kosmitów wygrała z Ostrawą II 21:0. Żorskie Gepardy rozgromiły Ostrawę II aż 42:0! O piąte miejsce rywalizowały ekipy z Ostrawy. Pojedynek zakończył się zwycięstwem Ostrawy II 14:11. O trzecią lokatę walczyły ekipy Kosmici i BKJ. Mecz zakończył się wynikiem 5:1 dla popielowian. O pierwszą pozycję rywalizowały Gepardy Żory i Silesia Rybnik. Zwycięsko z tego pojedynku wyszli żorzanie, którzy wygrali z rybniczanami 6:4.

Pierwsza nagroda przypadła więc żorskim Gepardom. Na drugim miejscu uplasowała się Silesia Rybnik. Trzecią lokatę zajęli kosmici z Popielowa. Czwartą pozycją musieli się zadowolić jastrzębianie. Dwa ostatnie miejsca przypadły gościom z Czech. Uhonorowano również najlepszego zawodnika turnieju. Został nim Julian Rotter (Gepardy Żory). Chłopak otrzymał okolicznościowy puchar, który wręczył wiceprezydent Jastrzębia Krzysztof Gadowski.

- Zawodnicy z naszego regionu pokazali bardzo wysoką klasę. Mamy nadzieję, że nasi goście lepiej przygotują się do kolejnych zawodów – powiedział Ryszard Chromik z Górnośląskiego Okręgowego Związku Baseballu i Softballu.
Warto dodać, że impreza była znakomicie przygotowana. Młodzi baseballiści spędzili na sportowej rywalizacji niemal cały dzień – zawody trwały bowiem od samego rana i zakończyły się późnym popołudniem. Organizatorzy zadbali oczywiście o posiłek. Sportowcy zjedli obiad, byli również częstowani słodyczami.

- Chcieliśmy podziękować MOSiR-owi oraz Urzędowi Miasta w Jastrzębiu. Obie instytucje bardzo nam pomogły w przygotowaniu imprezy – dodał Ryszard Chromik.

Autor artykułu: ADRIAN KARPETA

Gmina zgłosiła do konkursu trzy projekty

Wednesday, March 20th, 2002

Jastrzębie przystąpiło do konkursu na najlepsze projekty z różnych dziedzin życia publicznego. Przedsięwzięcie organizują Związek Powiatów Polskich i Fundacja Bankowa im. L. Kronenberga. Jest o co walczyć. Główna nagroda wynosi bowiem 10 tysięcy euro. Przewidziano też trzy wyróżnienia (każde po 10 tys. złotych) w następujących kategoriach: ekologia, edukacja i integracja europejska.

- Zgłosiliśmy trzy projekty. Pierwszy dotyczy utworzenia mieszkań chronionych dla osób opuszczających placówki opiekuńczo-wychowawcze i rodziny zastępcze. Sprawa druga to uruchomienie schroniska i jadłodajni dla bezdomnych mężczyzn. Trzeci projekt zakłada realizację przyrodniczej ścieżki dydaktycznej, która powstałaby na terenie Parku Zdrojowego – wylicza Joanna Jaśkiewicz-Herman, rzeczniczka prasowa jastrzębskiego magistratu.

Dwa pierwsze projekty są zapisane w strategii rozwiązywania problemów społecznych w latach 2002-2005, którą niedawno przyjęła Rada Miasta. Lokatorzy mieszkań chronionych będą mieli możliwość uczenia się samodzielności i przystosowywania się do życia w społeczeństwie. Opiekę nad nimi sprawować mają pracownicy socjalni z Ośrodka Pomocy Społecznej. Ludzie ci będą mogli liczyć też na wsparcie prawne, psychologiczne oraz na pomoc w znalezieniu pracy.
Miasto zamierza również utworzyć schronisko i jadłodajnię dla bezdomnych mężczyzn. Na terenie Jastrzębia nie ma bowiem takich instytucji. Gmina korzysta więc ze schronisk w pobliskich miastach, płacąc za każdego bezdomnego. Ludzie bez dachu nad głową otrzymują również talony żywnościowe. W planowanym schronisku znajdzie się miejsce dla około 40 ludzi. Z jadłodajni będzie mogło natomiast korzystać 50 osób.

W projekcie dotyczącym wytyczenia ścieżki dydaktycznej w Parku Zdrojowym chodzi m.in. o opracowanie znajdujących się tam stanowisk roślinnych. – Chcemy bowiem zachęcić szkoły do prowadzenia lekcji przyrody w naturalnym otoczeniu parku – tłumaczy Joanna Jaśkiewicz-Herman.

Autor artykułu: ADRIAN KARPETA